Wiosna 2014 roku przyniosła Poznaniowi jedną z najbardziej głośnych historii biznesu nocnego w Polsce. Dyrektor spółki metalurgicznej spędził w lokalach sieci Cocomo prawie 16 godzin i zostawił tam blisko 970 tysięcy złotych. Szampany po 15 tysięcy za butelkę, tańce erotyczne i niekończące się rachunki stały się symbolem marki, która przez kilka lat dominowała w centrum miasta. Cocomo Poznań to nie tylko nazwa klubów – to opowieść o różowych parasolkach, prokuratorskich śledztwach i błyskawicznej zmianie szyldów, która do dziś budzi emocje wśród mieszkańców i turystów.
Sieć działała przy Starym Rynku, w dwóch lokalach przy ulicy Wrocławskiej, a jej metody pozyskiwania klientów i wysokość rachunków sprawiły, że stała się tematem ogólnopolskich mediów. Prokuratura ostatecznie umorzyła sprawę, uznając, że klienci sami potwierdzali transakcje kodem PIN, ale reputacja marki została na zawsze naznaczona kontrowersjami. Dziś Cocomo jako szyld już nie istnieje, lecz dziedzictwo tego modelu biznesowego wciąż jest widoczne w poznańskiej nocnej rozrywce.
Jak różowe parasolki opanowały Stary Rynek
Początek lat 2010. Krakowska spółka Event, zarządzana przez Jana Szybawskiego, zaczyna systematycznie otwierać kluby go-go w największych miastach Polski. Poznań pojawia się na mapie sieci stosunkowo wcześnie. Dwa lokale w samym sercu zabytkowego rynku – przy ulicy Wrocławskiej – szybko stają się wizytówką miasta pod względem nocnej oferty erotycznej. Charakterystyczne różowe parasolki, z którymi panie spacerowały po okolicy, stały się rozpoznawalnym znakiem. Zatrzymywały przechodniów, zapraszały do środka, obiecywały niezapomniane wrażenia.
Model biznesowy był prosty i skuteczny. Klient wchodził, zamawiał drinka, a wkrótce do stołu dosiadały się tancerki. Cennik usług i alkoholi był dostępny, ale ceny potrafiły zaskoczyć nawet doświadczonych bywalców. Najtańszy drink zaczynał się od kilkudziesięciu złotych, szampany osiągały kwoty czterocyfrowe. Tancerki pracowały na prowizji – im więcej klient zamówił, tym wyższe ich zarobki. W naszej praktyce zetknęliśmy się z przypadkiem, gdy były pracownice opowiadały o presji, by „opętać” gościa na tyle skutecznie, by zostawił w kasie jak największą sumę.
Poznańskie Cocomo regularnie zajmowało czołowe miejsca w wewnętrznych rankingach utargów sieci. W jeden z sobotnich wieczorów lokal generował kilkadziesiąt tysięcy złotych. Atmosfera była intensywna, muzyka głośna, a ochrona czujna. Dla części klientów to była zabawa, dla innych – początek długiego rozliczania się z kartą kredytową następnego dnia.
Noc, która kosztowała prawie milion złotych
Najbardziej znanym epizodem w historii Cocomo Poznań stała się wizyta dyrektora spółki metalurgicznej. Mężczyzna wszedł do klubu wieczorem, a wyszedł dopiero po wielu godzinach. W tym czasie wykonał ponad 40 transakcji służbową kartą bez limitu. Zamówił kilkadziesiąt butelek drogiego szampana, korzystał z prywatnych tańców. Następnego dnia zorientował się, że na koncie brakuje blisko 970 tysięcy złotych. Podpisał też oświadczenie o zaciągnięciu długu wobec klubu.
Sprawa natychmiast trafiła do mediów i prokuratury. W kwietniu 2014 roku zatrzymano pięć osób związanych z poznańskim lokalem – menedżerkę, trzy tancerki oraz pracownicę krakowskiej centrali. Zarzuty dotyczyły oszustwa. Sąd jednak nie zgodził się na areszt, uznając dowody za niewystarczające. Śledztwo trwało niemal dwa lata. W styczniu 2016 roku Prokuratura Okręgowa w Poznaniu umorzyła postępowanie. Uzasadnienie było jasne: klienci znali cennik, sami potwierdzali transakcje kodem PIN, nikt nie zabierał im kart siłą. Ekspertyza grafologiczna potwierdziła autentyczność podpisu pod oświadczeniem o długu. Kamery monitoringu nie wykazały, by ktoś wprowadzał gości w błąd co do cen.
Kluczowy wniosek prokuratury brzmiał: naciąganie na drogie drinki i tańce nie jest przestępstwem, jeśli klient sam akceptuje warunki i płaci.
Podobne historie zgłaszali inni klienci – od kilku do kilkunastu tysięcy złotych znikających z kont. Część twierdziła, że „urywał im się film”. Badania toksykologiczne nie potwierdziły jednak systematycznego dodawania środków odurzających przez personel. Wielu gości przyznawało, że spożywali alkohol i inne substancje jeszcze przed wejściem do lokalu.
Koniec szyldu, nie koniec modelu
3 września 2014 roku na stronie internetowej sieci pojawił się komunikat: „Po pięciu latach współpracy informujemy, że marka klubów Cocomo kończy swoją działalność”. Szyldy zniknęły z fasad. Różowe parasolki zamieniono na niebieskie. W Poznaniu w tych samych lokalach pojawiły się nowe nazwy – Temptation (Pokusa) i Touch (Dotyk). Zarządzanie pozostało w rękach osób powiązanych z poprzednią strukturą. Zmiana była kosmetyczna. Oferta, sposób pozyskiwania klientów i atmosfera pozostały niemal identyczne.
Władze miasta już wcześniej próbowały ograniczyć działalność. Cofnięto koncesje na sprzedaż alkoholu, powołując się na dowody sprzedaży osobom nietrzeźwym. Lokalne media relacjonowały, że mimo formalnych decyzji kluby nadal funkcjonowały. Podobne rebrandingi zaszły w innych miastach – Desire, Princess, One Night, Kitten. Marka Cocomo przestała istnieć, ale model biznesowy przetrwał.
Powszechne błędy, które kosztowały klientów fortunę
Analiza spraw z lat 2013–2014 pokazuje powtarzający się schemat. Klienci popełniali te same błędy, które później opisywali w doniesieniach do prokuratury:
- Brak kontroli nad kartą i kodem PIN – wielu oddawało kartę personelowi lub wpisywało PIN w obecności tancerek, tracąc kontrolę nad transakcjami.
- Picie bez liczenia – kolejne drinki i szampany zamawiane „dla towarzystwa” szybko sumowały się do kwot, których goście nie byli w stanie realnie ocenić w stanie upojenia.
- Podpisywanie dokumentów bez czytania – oświadczenia o długu czy akceptacji cennika podpisywano w pośpiechu, często po wielu godzinach zabawy.
- Brak limitu na karcie – służbowe karty bez dziennego limitu pozwalały na transakcje, które prywatna karta zablokowałaby automatycznie.
- Wiara w „wyjątkowość” oferty – przekonanie, że właśnie tej nocy panie są szczególnie zainteresowane gościem, a nie prowizją.
Te błędy nie wynikały z naiwności, lecz z mechanizmu, który celowo wykorzystywał stan emocjonalny i alkoholowy klienta. Personel był szkolony w budowaniu relacji, która skłaniała do kolejnych zamówień.
Checklista dla każdego, kto dziś rozważa wizytę w podobnym lokalu
Choć Cocomo już nie istnieje, podobne kluby wciąż działają w pobliżu Starego Rynku. Oto lista, którą warto przejrzeć przed wejściem:
- Ustal z góry maksymalną kwotę, którą jesteś gotów wydać, i trzymaj się jej niezależnie od atmosfery.
- Nigdy nie oddawaj karty płatniczej personelowi. Sam wpisuj kod PIN, trzymając telefon i kartę w zasięgu wzroku.
- Zawsze proś o aktualny, pisemny cennik usług i alkoholi przed zamówieniem czegokolwiek.
- Nie podpisuj żadnych dokumentów pod wpływem alkoholu. Poproś o odłożenie formalności na następny dzień.
- Ustaw na karcie dzienny limit transakcji przed wyjściem z domu.
- Jeśli czujesz, że traciłeś orientację w czasie lub liczbach – natychmiast wyjdź i sprawdź stan konta w aplikacji bankowej.
- Zrób zdjęcie cennika i rachunku – może się przydać przy ewentualnej reklamacji.
Ta lista nie chroni przed wszystkim, ale znacząco zmniejsza ryzyko nieprzyjemnego poranka.
Pytania, które najczęściej zadają osoby szukające informacji o Cocomo Poznań
Czy Cocomo Poznań nadal istnieje?
Nie. Marka oficjalnie zakończyła działalność 3 września 2014 roku. Lokale przy Starym Rynku działały dalej pod nazwami Temptation i Touch, a później pod kolejnymi szyldami.
Czy prokuratura uznała, że w Cocomo oszukiwano klientów?
W sprawie poznańskiej – nie. W 2016 roku umorzono postępowanie, uznając, że klienci sami akceptowali warunki i płacili. W innych miastach i w późniejszych latach (po 2018) pojawiały się już zarzuty dotyczące zorganizowanych grup i odurzania, ale dotyczyły one już struktur działających po rebrandingu.
Ile naprawdę kosztował szampan w Cocomo?
Według relacji właściciela i mediów butelka potrafiła kosztować 15 tysięcy złotych. Ceny były jawne w cenniku, choć dla wielu klientów szokujące.
Co się stało z Janem Szybawskim?
Właściciel sieci po 2014 roku wycofał się z publicznej działalności pod marką Cocomo. Później pojawiał się w kontekście innych spraw sądowych niezwiązanych bezpośrednio z klubami.
Czy w Poznaniu nadal działają kluby go-go przy Starym Rynku?
Tak. Mimo prób regulacji poprzez park kulturowy i zakazy nagabywania, lokale o podobnym charakterze wciąż funkcjonują w okolicy rynku. Miasto regularnie toczy spory prawne z właścicielami.
Dzisiejsze echo Cocomo – kluby go-go w Poznaniu w 2026 roku
Minęło ponad dekada od zniknięcia szyldów Cocomo. Stary Rynek przeszedł remont, wprowadzono ograniczenia w parku kulturowym, zakazano części form reklamy i nagabywania. Mimo to w 2024 i 2025 roku lokalne media wciąż relacjonowały obecność pani z parasolkami i otwarte lokale. Elite Club, Extravagance czy The Club №1 – nazwy się zmieniają, lokalizacje pozostają blisko historycznego centrum. Właściciele twierdzą, że biznes słabnie, a weekendowe utargi spadły dramatycznie w porównaniu z latami świetności Cocomo. Miasto twierdzi, że problem wciąż nie jest rozwiązany.
Późniejsze śledztwa CBŚP z lat 2021–2022 ujawniły, że niektóre struktury wywodzące się z modelu Cocomo ewoluowały w bardziej zorganizowane formy, obejmujące odurzanie klientów i manipulacje na kontach. Poznańskie lokale „Euphoria” i „Touch” pojawiły się w tych akcjach. To już inna historia – cięższa, z aktami oskarżenia obejmującymi dziesiątki osób.
Kiedy warto zwrócić się o pomoc specjalistyczną
Jeśli po wizycie w klubie go-go odkryjesz nieautoryzowane transakcje, podpisane dokumenty, których nie pamiętasz, lub znaczne uszczuplenie środków – nie zwlekaj. Skontaktuj się z bankiem w celu zablokowania karty i zgłoszenia reklamacji. Następnie złóż zawiadomienie na policji lub w prokuraturze. W przypadkach, gdy kwoty są wysokie, a dokumenty budzą wątpliwości, pomoc adwokata specjalizującego się w prawie cywilnym i karnym bywa niezbędna. Samodzielne negocjacje z klubem rzadko przynoszą efekt – formalna ścieżka prawna daje większe szanse na odzyskanie środków lub przynajmniej na dokumentację sprawy.
Historia Cocomo Poznań pokazuje, że granica między legalną rozrywką a sytuacją, w której klient traci kontrolę, bywa cienka. Świadomość mechanizmów, jasne limity i zachowanie chłodnej głowy to nadal najlepsza ochrona – zarówno dla tych, którzy kiedyś weszli do lokalu z różową parasolką, jak i dla tych, którzy dziś mijają podobne miejsca przy Starym Rynku.













Dodaj komentarz