Dominik Szczepański przestał mieścić się w starej szufladce „dziennikarza sportów ekstremalnych”. W styczniu 2026 roku Wydawnictwo Literackie wydało „Antarktydę. Wyprawę na kraniec świata”, jego pierwszą książkę dla dzieci, napisaną z Mateuszem Waligórą i zilustrowaną przez Joannę Czaplewską. Wcześniej, po latach w „Gazecie Wyborczej” i w cyklu śledztw środowiskowych, związał się z Newsweekiem: profil autora podaje około 18 lat w dziennikarstwie i około dwóch lat w tej redakcji. Sam szczyt albo sam wywiad już nie opisują tej drogi.
Kto wpisuje nazwisko do wyszukiwarki, dostaje co najmniej dwie osoby. Obok reportera stoi dr Dominik Szczepański z Uniwersytetu Rzeszowskiego, politolog, doktor nauk humanistycznych z 2011 roku, badacz partii, wyborów i elektoratu Podkarpacia. Obaj publikują. Obaj mają dorobek, który da się sprawdzić. Mylenie ich jest dziś częstsze niż dekadę temu, bo algorytm ustawia obok siebie profil naukowy i okładkę książki o Nanga Parbat.
Dla szkoły pytanie brzmi praktycznie: którą książkę wziąć na lekcję, komu ją dać i czego w niej szukać poza fabułą. Odpowiedź nie leży w haśle „przygoda”. Leży w tym, jak reporter zbiera materiał, kiedy sam nie staje na szczycie, i jak ten sam warsztat przenosi się z bazy w Himalajach do opowieści o lodzie, którą może czytać dziecko.
1. Karta książki i cudze nazwisko
Typowa scena wygląda tak. Nauczyciel geografii albo polskiego szuka lektury uzupełniającej o klimacie albo o polskich wyprawach. Koleżanka podaje nazwisko z okładki. Uczeń, który ma wypełnić kartę książki, otwiera pierwszy wynik i opisuje adiunkta z Rzeszowa: partie, sejmiki, komunikowanie polityczne. Albo odwrotnie. Bierze „Czapkinsa” jak powieść przygodową i nie zauważa, że autor był w bazie, a nie na wierzchołku, i że bohater tej historii zginął.
Błąd nie wynika ze złej woli. Wynika z tego, że nazwisko jest wspólne, a biogramy krótkie. Na karcie książki wystarczy wtedy jedno zdanie, które nie pasuje do reszty: politolog nie relacjonował zimy pod Nanga Parbat, reporter nie prowadzi badań nad gabinetem cieni. Sprawdzenie zajmuje kilka minut. Profil Newsweeka, nota Wydawnictwa Agora i strona pracownika Uniwersytetu Rzeszowskiego rozdzielają te życiorysy bez zgadywania.
Druga pomyłka dotyczy wieku czytelnika. „Spod zamarzniętych powiek”, spisane z Adamem Bieleckim, i „Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza” z 2019 roku mówią o śmierci, ryzyku i ciele na granicy wydolności. Książka z 2026 roku, 88 stron, proponowana od około szóstego roku życia, idzie inną drogą: 56 krótkich rozdziałów, ilustracja, pytania o lód i o to, do kogo należy Antarktyda. Ta sama para autorów, inny kontrakt z czytelnikiem.
2. Z Jedlicza pod Nagą Górę
Reporter pochodzi z Jedlicza. Jako dziecko jeździł na obozy wędrowne w Bieszczadach, stamtąd wzięło się zainteresowanie górami. Po maturze w krośnieńskim Koperniku przeniósł się do Warszawy, studiował dziennikarstwo i etnologię na Uniwersytecie Warszawskim, był też w Polskiej Szkole Reportażu. Pracę zaczął w redakcji sportowej „Gazety Wyborczej”, potem pisał o wyprawach i o środowisku, między innymi w „Dużym Formacie” i w „National Geographic Traveler”.
Pierwsza duża książka, „Na oceanie nie ma ciszy” z 2015 roku, jest biografią Aleksandra Doby, który trzykrotnie przepłynął Atlantyk kajakiem. Rok później, z Piotrem Tomzą, wyszła „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia”. Szczepański spędził wtedy w bazie pod szczytem około trzech tygodni. Nie wchodził. Patrzył, rozmawiał i wysyłał relacje, gdy na górze pracowało kilka ekip naraz.
26 lutego 2016 roku, około 15.37 czasu pakistańskiego, na wierzchołku stanęli jako pierwsi zimą Simone Moro, Alex Txikon i Muhammad Ali Sadpara. Włoszka Tamara Lunger zawróciła tuż przed szczytem. Wysokość góry podaje się jako 8126 m, część polskich wydań pisze 8125 m: różnica jednego metra nie zmienia rangi wejścia. Od końca lat osiemdziesiątych kolejne wyprawy, National Geographic pisało o co najmniej trzydziestu, schodziły bez zimowego sukcesu. Pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat zamknęło ten rozdział himalaizmu, a polski reporter opisał je z dołu, nie z grani.

Dwa lata później, zimą 2018 roku, Tomek Mackiewicz zginął przy zejściu z tej samej góry po wejściu z Elisabeth Revol. „Czapkins”, wydany w styczniu 2019 roku przez Agorę, nie jest kroniką jednego sezonu. Szczepański pojechał śladem Mackiewicza od Działoszyna do Pakistanu i zbierał głosy ojca, byłej żony Joanny Kondrackiej oraz przyjaciół z Polski i Irlandii. Sam był świadkiem jego zmagań w 2016 roku. Książka stoi więc na dwóch nogach: na pobycie w bazie i na późniejszym obchodzie ludzi, którzy zostali.
3. Warsztat, którego nie widać na okładce
Najtrudniejszy mechanizm tej roboty przypomina dziennik doświadczenia na lekcji przyrody. Wynik, czyli „weszli” albo „nie weszli”, jest ostatnim zdaniem. Wcześniej trzeba zapisać, kto był w obozie, jaka była pogoda, czego nie dało się zobaczyć z bazy i kto mówi z urazą do konkurencyjnej ekipy. Analogia kończy się tam, gdzie kończy się klasa. W szkolnym zeszycie nikt nie umiera na zejściu, a reporter nie może powtórzyć wyprawy, żeby dociągnąć brakujący cytat.
Stąd bierze się układ jego książek górskich. „Spod zamarzniętych powiek”, pierwsze wydanie w 2017 roku, jest opowieścią Bieleckiego o drodze z Tychów na ośmiotysięczniki, w tym o zimowych wejściach na Gaszerbrum I i Broad Peak. Głos należy wspinaczowi, konstrukcja reporterowi. W „Czapkinsie” głosów jest więcej, bo bohater nie może już sprostować zdania. Newsweek wymienia też współautorstwo „Selmy. Jeszcze dalej niż południe” i nominację do nagrody imienia Teresy Torańskiej. Roku nominacji biogram nie podaje, więc nie warto go dopisywać.
Liczbę, którą da się rozłożyć samodzielnie, daje dopiero książka z 2026 roku. Wydawca opisuje samotny marsz Waligóry na biegun południowy jako 1200 kilometrów na nartach. Recenzja w „Magazynie Literackim Książki” zauważa, że tom ma 56 rozdziałów, bo tyle dni trwała podróż. Podział jest prosty: 1200 km dzielone przez 56 dni daje około 21 km na dobę. To rachunek porządkujący, nie dziennik trasy. Burza, szczelina albo postój przy namiocie skracają jedne dni i wydłużają inne. Zmienia go też to, czego podział nie chwyta: masa sań, wiatr i decyzja, czy w danym dniu w ogóle się idzie. Ten sam rząd wielkości, prawie 1200 km, wraca wcześniej przy Wiśle. Jesienią 2020 roku Waligóra szedł od Baraniej Góry do Bałtyku przez 46 dni; relację spisał z nim Szczepański w „Szlaku Wisły”.

Do tego dochodzą wyprawy, które nie skończyły się jedną okładką. Trzy razy jeździł do Parku Narodowego Chiribiquete w Kolumbii szukać nieopisanych malowideł naskalnych. Wyprawę nominowano do nagrody Travelera „National Geographic”. Na małym jachcie dopłynął do Antarktydy, żeby opisywać zmianę klimatu, zanim jeszcze powstała dziecięca wersja tej opowieści. Między górą a lodem jest ciągłość miejsca pracy: krajobraz, w którym pomiar i rozmowa ważą tyle samo co widok.
4. Co wziąć do klasy, a co odłożyć
Dobrze przebyta droga czytelnicza zaczyna się od rozdzielenia osób. Do lekcji o reportażu, geografii i klimacie bierzemy autora książek, nie politologa z Rzeszowa, chyba że temat dotyczy wyborów. Potem dopasowujemy wiek. Dla młodszych klas jest tom z 2026 roku: lód, pingwiny, historia odkrywania kontynentu, samotny marsz opowiedziany bez udawania, że dziecko ma iść tym samym szlakiem. Dla starszych, po rozmowie z rodzicem albo polonistą, zostają Bielecki, Mackiewicz i Doba.
Na karcie pracy wystarczą trzy pytania, które sam tekst podpowiada. Gdzie był autor, a gdzie bohater. Kto jeszcze mówi w rozdziale. Co w opisie da się sprawdzić na mapie: 8126 m Nanga Parbat, ujście Wisły, biegun południowy. Uczeń, który odpowie na te trzy, nie pomyli biografii z legendą i nie przepisze życiorysu z niewłaściwej strony uczelni.
Zostaje granica tej rady. Nie znamy nakładów ani tego, w ilu szkolnych bibliotekach książki już stoją. Nie wiemy też, które zdanie z rozmów w bazie reporter później sprostował. Biogramy redakcji są zgodne co do wypraw i tytułów, rozjeżdżają się w metrach wysokości góry i w roku premiery „Szlaku Wisły”, bo zapowiedzi z 2021 roku nie pokrywają się z datą księgarską z 2023 roku. Przy zadaniu domowym bezpieczniej podać tytuł i wydawcę niż spierać się o miesiąc.
Co to znaczy dziś
Zimowe wejście z 26 lutego 2016 roku jest faktem historii sportu. Dla szkoły jest też lekcją źródła: relacja powstała w bazie, nie na wierzchołku, a wysokość góry w dwóch wiarygodnych opisach różni się o metr. Książka z stycznia 2026 roku przenosi ten sam nawyk na Antarktydę i na młodszego czytelnika. Lód o grubości liczonej w kilometrach, pytanie o własność kontynentu i marsz rzędu 21 km dziennie da się wstawić w geografię bez osobnej „lekcji o podróżniku”.
Kryterium wyboru jest krótkie. Jeśli klasa ma zobaczyć, jak powstaje opowieść o miejscu, którego uczeń nie odwiedzi, bierzemy tekst Szczepańskiego-reportera i sprawdzamy, czy bohater, autor i mapa się zgadzają. Jeśli temat dotyczy partii i Podkarpacia, bierzemy drugiego Dominika Szczepańskiego i nie mieszamy bibliografii. Jedno nazwisko, dwa warsztaty, zero korzyści z wrzucenia ich do jednej karty pracy.
Porada ma granicę, której nie przesuniemy z redakcji. Nie zastępuje rozmowy o tym, czy dana klasa uniesie opis śmierci na Nanga Parbat. Tę decyzję zostawiamy nauczycielowi i rodzicowi, z książką w ręku, a nie z samym nazwiskiem w wyszukiwarce.












Dodaj komentarz