Historia, geografia i przyroda dla uczniów, rodziców i ciekawych świata

Jack Bushyhead – czy żołnierz wybrał zemstę w Dachau

Raport zastępcy generalnego inspektora 7. Armii USA, podpułkownika Josepha M. Whitakera z 8 czerwca 1945 r., odtajniony w 1991 r., wymienia porucznika Jacka Bushyheada z imienia i stwierdza, że zastępca dowódcy kompanii „I” osobiście strzelał do jeńców SS na terenie obozu Dachau. Ten dokument zmienia obraz, który krąży od lat osiemdziesiątych: nie jeden „mściciel” przy jednym karabinie maszynowym i nie jedna magiczna liczba 346, lecz krótka, źle kontrolowana sekwencja decyzji kilku żołnierzy w jednym popołudniu.

Typowy przypadek wygląda tak. Oddział piechoty, zmęczony tygodniami natarcia, dostaje zadanie zabezpieczenia „obozu pracy” pod Monachium. Zamiast baraków i wartowników zastaje pociąg z rozkładającymi się ciałami, stosy zwłok i ludzi, którzy ledwo stoją. W tej minucie żołnierz przestaje być tylko wykonawcą rozkazu marszu i zaczyna wybierać: kogo oddzielić, kogo osłaniać, czy otworzyć ogień.

Dla szkoły i dla czytelnika, który uczy się o Holokauście i o prawie wojennym równocześnie, sprawa Jacka Bushyheada jest użyteczna właśnie dlatego, że nie daje czystego bohatera ani czystego zbrodniarza. Poniżej idziemy od tej jednej chwili do reguł, które pozwalają odróżnić odpowiedzialność człowieka od odpowiedzialności systemu.

Kim był Jack Bushyhead poza legendą

Jack Bushyhead urodził się 18 sierpnia 1919 r. w Jay w Oklahomie, w rodzinie Cherokee. Rodzicami byli John Bushyhead i Lou z domu Buckett. Wczesne lata życia są słabo udokumentowane; to, co wiemy pewnie, zaczyna się od wojska. 16 września 1940 r. wstąpił do Armii Stanów Zjednoczonych, w dniu, w którym federalizowano 45. Dywizję Piechoty Gwardii Narodowej Oklahomy, zwaną Thunderbird. W kwietniu 1945 r. był porucznikiem i zastępcą dowódcy kompanii „I” 3. batalionu 157. pułku piechoty.

Dywizja nie była jednostką ceremonialną. Od lądowania na Sycylii w 1943 r. szła przez Włochy, w tym przyczółek pod Anzio, potem przez południową Francję i Niemcy. W jej szeregach służyło wielu Native Americans z Oklahomy; Bushyhead nie był więc osobliwością etnograficzną, tylko oficerem konkretnej kompanii. Wyróżniało go stanowisko: jako executive officer stał obok dowódcy kompanii, porucznika Williama P. Walsha, i miał wpływ na to, jak jeńców oddzielano i gdzie ich ustawiano.

W skrócie Jack Bushyhead był oficerem Cherokee z 45. Dywizji Piechoty, porucznikiem kompanii „I” 157. pułku. W Dachau nie dowodził dywizją ani obozem. Był zastępcą dowódcy kompanii, która weszła do kompleksu 29 kwietnia 1945 r.

Po wojnie dosłużył się stopnia kapitana i został zwolniony 31 sierpnia 1950 r. 4 kwietnia 1952 r. ożenił się z Fredą M. Payton w Bentonville. Pracował w fabryce lotniczej w Wichita, od 1961 r. mieszkał w Grove, działał jako przedstawiciel społeczności Cherokee. Zmarł 25 grudnia 1977 r. w Fayetteville w Arkansas, w wieku 58 lat. Córka, Jaxine Bushyhead Gasper, mówiła później prasie, że ojciec pił i wracał do obrazów „małych ludzi” z pociągu śmierci. To nie morał. To ślad, jaki zostawia chwila, której nie da się odwołać.

Popularne opowieści dorabiają mu jednolitą motywację: przodkowie na Szlaku Łez, pokrewieństwo z ofiarami obozu, „naturalna” zemsta wojownika. Rodzina Bushyhead należy do znanych rodów Cherokee, ale z dokumentów wojskowych nie wynika, by 29 kwietnia 1945 r. porucznik działał według ceremonialnego skryptu. Działał jak oficer kompanii, która właśnie zobaczyła coś, do czego szkolenie piechoty nie przygotowuje.

Dachau wiosną 1945 – czym była ta chwila

Obóz Dachau powstał w marcu 1933 r. jako pierwszy regularny obóz koncentracyjny III Rzeszy i wzorzec dla reszty systemu SS. United States Holocaust Memorial Museum podaje, że w latach 1933–1945 osadzono tam ponad 200 tysięcy osób, a badacze oceniają liczbę ofiar na co najmniej 40 tysięcy. 26 kwietnia 1945 r. w obozie głównym i podobozach zarejestrowanych było 67 665 więźniów; ponad 7 tysięcy, w większości Żydów, SS wypędziło na marsz śmierci w stronę Tegernsee.

Amerykanie 29 kwietnia nie wiedzieli tego w takiej postaci. Żołnierze 42. i 45. Dywizji Piechoty oraz 20. Dywizji Pancernej szli na kompleks, o którym mówiono jak o obozie pracy. Od strony torów 3. batalion 157. pułku natrafił na składy: więcej niż 30 wagonów z ciałami w stanie rozkładu. W obozie zastano około 32 tysięcy żywych więźniów; część baraków, projektowanych na kilkuset ludzi, mieściła ich wielokrotnie więcej. Tyfus, głód i stosy zwłok przy krematorium nie były „tłem”. Były pierwszym bodźcem, od którego zaczynała się każda decyzja tego dnia.

Jak to bywa w praktyce: kompania wchodzi od tyłu, dowódca widzi pociąg, ludzie przestają słuchać taktu marszu. Ktoś oddziela esesmanów od żołnierzy Wehrmachtu. Ktoś ustawia jeńców pod murem dziedzińca węglowego. Karabin maszynowy ma „osłaniać”. Wystarczy jedno hasło, jeden ruch tłumu albo jeden nerwowy strzał, by osłona stała się egzekucją. Wynik nie wynika z wielkiego planu sztabu. Wynika z tego, że w tłumie zmęczonych żołnierzy nie ma już jasnej linii między zabezpieczeniem a karą.

Rozstrzeliwanie jeńców – czy był rozkaz, czy była wola

Tu rozchodzą się dwie opowieści i trzeba je nazwać osobno. Pierwsza pochodzi z książki lekarza 45. Dywizji Howarda A. Buechnera „Dachau: The Hour of the Avenger” z 1986 r. Buechner przypisał Bushyheadowi zebranie setek esesmanów na dziedzińcu koszar i rozstrzelanie 346 ludzi z karabinu maszynowego. Ta liczba weszła do prasy, filmów i tekstów, które lubią jednego sprawcę i jedną cyfrę.

Druga opowieść jest starsza i suchsza. Raport Whitakera, streszczany m.in. przez HistoryNet, ustala kilka oddzielnych zdarzeń 29 kwietnia: rozstrzelanie czterech Niemców w wagonie przez Walsha i dobicie ich przez szeregowca Alberta C. Pruitta; salwę na dziedzińcu węglowym, gdzie zginęło około 17 jeńców, a inni zostali ranni; zabicia przy wieży wartowniczej B. Whitaker uznał, że Walsh nadzorował egzekucję na dziedzińcu, a Bushyhead brał w niej udział i sam oddał strzały. Łączną liczbę zabitych tego dnia esesmanów i wartowników historycy poważni zamykają zwykle w przedziale około 35–50. Dowódca batalionu, podpułkownik Felix L. Sparks, pisał później, że na pewno nie przekroczyła pięćdziesięciu, a bliższa prawdy jest liczba koło trzydziestu.

Ważne Liczba 346 nie pochodzi z raportu armii z 1945 r. Pochodzi z książki Buechnera spisanej po dekadach. Raport Whitakera mówi o udziale Bushyheada w strzelaninie na dziedzińcu węglowym, nie o samodzielnym wymordowaniu setek jeńców.

Czy był rozkaz? Zeznania się rozjeżdżają. Celowniczy karabinu maszynowego, szeregowiec William C. Curtin, utrzymywał, że Walsh krzyknął, by dać ognia. Walsh zaprzeczał i twierdził, że kazał strzelać tylko, gdy jeńcy ruszą na Amerykanów. Bushyhead w śledztwie mówił, że wśród żołnierzy krążyło przekonanie, iż jeńców SS się nie bierze. Inni potwierdzali, że „wiadomość sama obeszła szeregi”. To nie jest rozkaz z kwatery armii. To klimat kompanii, w którym wola kilku ludzi wystarczy, by przekroczyć linię prawa wojennego.

Sparks wrócił na dziedziniec, kopnął celowniczego od broni i przerwał ogień. Śledztwo ruszyło już na początku maja. Whitaker rekomendował postępowania o morderstwo m.in. przeciw Walshowi, Bushyheadowi i Pruittowi oraz sprawę o zaniedbanie obowiązków przeciw lekarzowi Buechnerowi, który nie udzielił pomocy rannym przy murze. Do sądu wojennego nie doszło. Pełniący obowiązki zastępcy sędziego adwokata, pułkownik Charles L. Decker, uznał pod koniec 1945 r., że prawo międzynarodowe prawdopodobnie złamano, ale wobec tego, co żołnierze zobaczyli po wejściu do obozu, sprawiedliwość nie wymaga już „trudnego, a może niemożliwego” przypisania winy pojedynczym osobom. Relacja Sparksa o tym, że generał George S. Patton osobiście wyrzucił aktę, jest powtarzana i przez część badaczy kwestionowana. Skutek jest pewny: świadków nie skrzyżowano przed sądem.

Po co żołnierzom i szkole pamiętać o tej chwili

W lekcji o II wojnie światowej łatwo ustawić dwa rzędy: zbrodniarzy SS i wyzwolicieli. Dachau 29 kwietnia psuje ten układ, bo w jednym miejscu spotykają się zbrodnia obozu i samosąd zwycięzców. Jeśli uczeń usłyszy tylko legendę o kapitanie Cherokee, który „wymierzył sprawiedliwość”, znika pytanie o jeńca bez broni. Jeśli usłyszy tylko o amerykańskiej zbrodni, znika pociąg z ciałami i dwanaście lat Dachau. Obie wersje są wygodne. Żadna nie uczy.

Odpowiedzialność żołnierza i odpowiedzialność systemu to nie to samo. System SS zbudował obóz, regulaminy, krematorium i marsze śmierci; tego nie tłumaczy panika jednego popołudnia. System armii amerykańskiej kazał brać jeńców i ich ochraniać; tego nie znosi wstrząs po otwarciu wagonu. Jednostkowa decyzja – oddzielić, ustawić pod murem, nacisnąć spust albo kopnąć celowniczego – należy już do człowieka. Sparks pokazał, że w tej samej minucie dało się ogień przerwać. Bushyhead i Walsh pokazali, że dało się go też otworzyć.

  • Żołnierz odpowiada za czyn, który sam wykonał lub rozkazał, nawet gdy tłum mówi „wszyscy tak robią”.
  • Dowódca odpowiada za klimat kompanii: za to, czy „nie brać jeńców” staje się praktyką.
  • Państwo odpowiada za to, czy po fakcie bada, sądzi albo świadomie odpuszcza.
  • Szkoła odpowiada za to, by uczeń widział obie warstwy: obóz i dziedziniec węglowy.

Ta lista nie zamyka sporu o winę Jacka Bushyheada. Pokazuje, czemu jedna kompania w jednym obozie wraca na lekcje o wojnie: bo tu widać, gdzie kończy się rozkaz, a zaczyna wybór. Dobrze przebyta droga w tej sprawie nie polega na uniewinnieniu ani na potępieniu z plakatu. Polega na czytaniu źródeł obok siebie: raportu Whitakera, wspomnień Sparksa, liczb muzeum obozowego i późniejszej książki Buechnera, która liczby te rozdęła.

Co to znaczy dziś

Dla polskiego czytelnika, który w szkole przerabia Holokaust, prawo wojenne i „trudne tematy” z historii XX wieku, Jack Bushyhead jest ćwiczeniem z precyzji. Nie trzeba go wciągać na listę bohaterów Native Americans ani robić z niego dowodu, że „wszyscy byli tacy sami”. Trzeba umieć powiedzieć: ten oficer był na miejscu, strzelał, nie stanął przed sądem, a liczba ofiar jego czynu jest przedmiotem sporu między świadkiem-lekarzem a aktami śledztwa. To wystarczy, by uczeń zobaczył, że pamięć lubi skrót, a odpowiedzialność lubi nazwisko, datę i dokument.

Przykład Gdy klasa dostaje tylko zdanie „Amerykanie rozstrzelali 346 esesmanów”, zapamiętuje zemstę. Gdy dostaje raport, fotografię dziedzińca i przerwanie ognia przez Sparksa, zapamiętuje wybór. Różnica jest całą lekcji.

Nierozstrzygnięte zostaje to, czego aktą nie da się domknąć: ile dokładnie kul oddał sam Bushyhead, co czuł przy murze i czy po 1945 r. uważał ten dzień za karę, za upadek czy za milczenie. Zależy to od decyzji czytelnika, którą warstwę uzna za wystarczającą. Kryterium jest proste i twarde. Jeśli chcesz ocenić człowieka, trzymaj się tego, co potwierdza śledztwo z 1945 r.: udział, strzały, brak wyroku. Jeśli chcesz ocenić wojnę, nie zabieraj z tej sceny ani wagonów śmierci, ani jeńców pod murem. Jedno bez drugiego robi z historii plakat.

Druga linia podziału dotyczy tego, po co w ogóle wracamy do nazwiska. Można szukać symbolu – Czirokeza, który „rozumiał obóz”, bo jego lud znał wygnanie. Można szukać precedensu prawnego – żołnierza, którego państwo nie osądziło, choć samo uznało naruszenie prawa. Pierwsza droga buduje opowieść. Druga buduje obywatela, który wie, że rozkaz nie zdejmuje wyboru, a brak procesu nie zdejmuje pytania. W 2026 r., gdy o wojnie mówi się znowu językiem aktualności, to drugie kryterium jest po prostu rzetelniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *