Słowo „czarownice” nosi w polszczyźnie trzy ciężary naraz: sądowy, ludowy i popkulturowy. W aktach wójtowskich znaczyło kobietę, której sąsiad zarzucił odbieranie mleka krowom albo sprowadzenie gradu. W bajce stawało się Babą Jagą z kościaną nogą. Na ekranie przybiera twarz Yennefer albo czarodziejki z Hogwartu. Te trzy obrazy rzadko się zgadzają, a jednak krążą w tym samym zdaniu, jakby opisywały jedną istotę.
Najstarszy zachowany zapis polskiego „czarownica” pochodzi z 1386 roku. Od tamtej daty przez trzy stulecia słowo to mogło kosztować życie, a potem, w ciągu jednego pokolenia Oświecenia, zeszło do legend, kabaretu i straszenia dzieci. Dziś wraca jako religia, gest feministyczny i trop turystyczny na Łysej Górze. Żeby nie pomylić stosu z sabatem, a sabatu z kowenem, trzeba rozdzielić te warstwy i zobaczyć, kto naprawdę ginął, kto opowiadał, a kto praktykuje w 2026 roku.
Poniższy tekst schodzi pod powierzchnię kapelusza i miotły. Łączy mechanizm procesu, mapę regionalną Rzeczypospolitej, słowiański folklor i teraźniejszość, w której oskarżenie o czary wciąż zabija ludzi – tylko już nie na rynku Kleczewa.
Trzy imiona jednej obawy: czarownica, wiedźma, Baba Jaga
Polszczyzna nie ma jednego słowa na kobietę obdarzoną mocą. Ma co najmniej trzy, i każde ciągnie inny bagaż. Czarownica pochodzi od „czaru”: czynności, uroku, gestu, który ma coś zmienić w świecie. W pierwszym słowniku Lindego oznaczała już albo „trudniącą się czarami”, albo po prostu „brzydkie i złe babsko”. To nazwa czynu i wyroku.
Wiedźma idzie od wiedzy. Etymolodzy wiążą ją ze staroruskim věd – wiedzieć, widzieć, rozumieć z doświadczenia, nie z księgi. W ludowej hierarchii wiedźma była często starszą sąsiadką, znachorką, położną, kobietą, która „umie”. Jej groza brała się nie z paktu z diabłem, lecz z tego, że znała zioła, porody i śmierć lepiej niż ksiądz i cyrulik razem wzięci.
Baba Jaga stoi osobno. To nie mieszkanka wsi, tylko istota z granicy lasu i zaświatów: chatka na kurzej stopce, koścista noga, obwisłe piersi Matki Ziemi, ślepy wzrok i wyostrzony węch. Andreas Johns w monografii o wschodniosłowiańskim folklorze podkreśla, że nie ma ona prostego zachodniego odpowiednika. Bywa ludożerczynią, bywa donatorką, bywa nauczycielką bohatera. Chrześcijaństwo stopniowo wcisnęło ją w kostium wspólniczki diabła, ale w bajce wschodniosłowiańskiej wciąż potrafi obdarować, nie tylko pożreć.
Z mojego doświadczenia czytania ludowych zapisów przez miesiąc wynika jedna uporczywa rzecz: narratorzy wsi używali tych trzech słów wymiennie, jakby różnica między sąsiadką, znachorką i demonem lasu nie była dla nich tak ostra jak dla historyka prawa. W jednym tekście jędza, wiedźma i czarownica to ta sama postać. Dlatego początkujący czytelnik, który otwiera baśń i szuka „prawdziwej historii stosów”, miesza dwa gatunki. Zaawansowany – rozdziela je jak warstwy geologiczne.
Jak działała maszyna oskarżenia
Stos nie zapalał się od kapelusza. Zapalał się od procedury. W Rzeczypospolitej od 1552 roku sprawy o czary przeszły głównie pod sądy świeckie, zwłaszcza miejskie. Kościelne trybunały późnego średniowiecza bywały ostrożniejsze: Joanna Adamczyk naliczyła około 60 znanych procesów kościelnych, w których oskarżono 49 kobiet i 19 mężczyzn, a karą bywała pokuta, post, ofiara na kościół. Pierwszy znany wyrok śmierci – Dorota z Zakrzewa, 1476 – nie został wykonany. Do końca XV wieku brak potwierdzonego spalenia.
Pierwszy znany stos zapłonął w 1511 roku w Chwaliszewie pod Poznaniem. Mieszkańcy zatruć się mieli piwem z warzelni; winę zrzucono na nieznaną z imienia kobietę. Od tej daty mechanizm nabierał rozpędu, bo sędziowie dostali podręczniki. Niemiecka Constitutio Criminalis Carolina z 1532 roku, w Polsce przyswojona m.in. przez Bartłomieja Groickiego, dawała sądom miejskim szkielet: oskarżenie, tortury, przyznanie, wyrok. W 1614 roku krakowski prawnik Stanisław Ząbkowic wydał polską przeróbkę Malleus Maleficarum Heinricha Kramera (pierwodruk 1486/1487). To nie był neutralny komentarz. To była instrukcja, jak szukać paktu z diabłem i jak nie uwierzyć oskarżonej, gdy zaprzecza.
Pławienie, zwane próbą zimnej wody, powtarzało się w polskich aktach niemal jak pieczęć. Oskarżoną wiązano „w kozła”: lewa ręka z prawą nogą, prawa z lewą. Na linie spuszczano ją do stawu albo rzeki. Tonęła – niewinna. Unosiła się – winna, bo woda chrztu nie przyjmuje wspólniczki diabła. Problem fizyczny był prozaiczny: kilka warstw spódnic działało jak pływak. Nieszawa około 1550 roku to jeden z najwcześniejszych polskich tropów tej próby. W Jastrowie, Kleczewie, Młotkowie scenariusz wracał jak refren.
Tortury nie służyły odkryciu prawdy. Służyły wyprodukowaniu opowieści, której sąd już oczekiwał: sabat, lot na miotle, imiona wspólniczek, pakt. Każde nowe imię było paliwem następnego procesu.
Dlaczego machina przyspieszała akurat wtedy? Mała epoka lodowcowa psuła plony. Wojny połowy XVII wieku rwały tkankę sąsiedzką. Kontrreformacja zaostrzała język o diable. Sąsiad, któremu padła krowa, szukał przyczyny bliższej niż klimat. Zielarka, wdowa, służąca, kobieta o ostrym języku – wszystkie mieściły się w szablonie. Dzieci od dwunastego roku życia traktowano jako zdolne do paktu. W 1761 roku w Kiszkowie na stos skazano także trzynastolatkę.
Mapa ognia Rzeczypospolitej
Polska nie była „państwem bez stosów”. Była państwem, w którym ogień zapłonął później niż w Rzeszy i zgasł wcześniej niż mit o Barbarze Zdunk. Najwięcej spraw toczyło się w Wielkopolsce i na Pomorzu. Im dalej na wschód i w Małopolskę, tym ciszej. W Wielkim Księstwie Litewskim Jacek Wijaczka i Małgorzata Pilaszek notują zaledwie około 112 procesów wobec 867 w Koronie.

Liczby rozjeżdżają się, bo akta ginęły, a starsze szacunki lubiły dramat. Prof. Wacław Uruszczak mówił o 15 tysiącach ofiar – dziś historycy traktują tę figurę jako mocno zawyżoną. Bohdan Baranowski zostawił w obiegu 10 tysięcy. Pilaszek, po kwerendzie źródłowej, daje portret ostrzejszy i skromniejszy: wśród 1316 oskarżonych życie straciło 558 osób, czyli 42 procent. Kobiet oskarżono 1174, na śmierć skazano 535 (45 procent). Mężczyzn oskarżono 142, uśmiercono 23 (16 procent). Wijaczka przyjmuje górny pułap nawet do 4 tysięcy, licząc luki w dokumentach. Konsensus leży więc między kilkuset a kilkoma tysiącami, nie między dziesiątkami tysięcy a milionami.
| Obszar | Procesy (szacunek) | Egzekucje (szacunek) | Cecha wyróżniająca |
|---|---|---|---|
| Europa ogółem (ok. 1450–1750) | ok. 80–110 tys. | ok. 40–60 tys. | szczyt 1560–1630; ok. 75–80% oskarżonych to kobiety |
| Święte Cesarstwo Rzymskie | ok. 50 tys. | ok. 25–30 tys. | najkrwawszy rdzeń polowań |
| Korona i Litwa | ok. 867 + 112 udokumentowanych | 558 pewnych; szacunki do ok. 4 tys. | późny szczyt po 1660; dominacja Wielkopolski |
| Europa południowa (Hiszpania, Portugalia, Włochy) | ok. 10 tys. | poniżej 1 tys. | inkwizycja częściej hamowała histerię niż ją rozpalała |
| Salem, 1692–1693 | ponad 150 oskarżonych | 20 zgonów (19 powieszonych, 1 zgnieciony) | krótka, głośna fala; mit większy niż liczba |
Dane europejskie za syntezą Briana P. Levacka i ustaleniach Encyklopedii Britannica; dane polskie za monografią Małgorzaty Pilaszek „Procesy o czary w Polsce w wiekach XV–XVIII”.
23 października 1776 roku Sejm uchwalił konstytucję „Konwikcyje w sprawach kryminalnych”: zakaz tortur i zakaz kary śmierci za czary. W dużych miastach fale wygasały wcześniej – Lublin 1732, Kraków 1757, Poznań i Lwów 1758. Wieś trzymała strach dłużej. W 1789 roku ekonom z Zagości kazał wiązać kobiety po cztery i rzucać w głąb wody, „końcem otrzymania rychłego deszczu”.
Doruchów zasługuje na osobną ostrożność. Przez lata powtarzano obraz z 15 sierpnia 1775: czternaście kobiet, tortury, stos, krzyż na Wzgórzu Czarownic. Janusz Tazbir, po konfrontacji z aktami, przesunął sprawę na około 1783 rok, zmniejszył liczbę skazanych do sześciu i podkreślił, że sędziowie działali wbrew ustawie z 1776 – i zostali za to ukarani. Nie wiadomo nawet, czy wyrok wykonano. Legenda o „polskim Salem, które obaliło prawo” jest więc piękniejsza niż źródło.
Pięć pytań, które wracają przy każdym sabacie
Czy w Polsce naprawdę palono kobiety za czary? Tak. Nie w skali niemieckich księstewek, ale wystarczająco, by zaprzeczyć patriotycznemu mitowi o kraju wolnym od stosów. Sądy miejskie orzekały w ponad 80 procentach spraw. Palono, ścinano, a ciało często dopalano. Bywały też kary łagodniejsze: wygnanie, chłosta, grzywna, pokuta.
Ile osób zginęło w Europie? Historyczny konsensus zamyka się w przedziale 40–60 tysięcy egzekucji przy około 80–110 tysiącach procesów. Dziewiętnastowieczne „miliony” i feministyczna figura „9 milionów” z XIX wieku to artefakt rachunku, nie archiwum. Około 60 procent oskarżeń Europy mieści się w latach 1560–1630.
Czym różni się wiedźma od czarownicy w źródłach? W prawie karnym – prawie niczym: obie mogły stanąć przed wójtem. W folklorze – wszystkim. Wiedźma dziedziczy wiedzę i zioła. Czarownica, w wersji importowanej z Zachodu, zawiera pakt z diabłem i lata na sabat. Baba Jaga nie mieszka w izbie przy rynku; mieszka w lesie, który jest zaświatami.
Czy Barbara Zdunk z Reszla była „ostatnią czarownicą Europy”? Nie. Spalono ją 21 sierpnia 1811 roku, ale Reszel należał wtedy do Prus, a wyrok dotyczył podpalenia, nie czarostwa. Król Fryderyk Wilhelm III zatwierdził egzekucję za arson. Ostatnia legalna egzekucja za czary w Europie to najczęściej Anna Göldi, ścięta w szwajcarskim Glarus w 1782 roku. W 1836 roku w Chałupach sąsiedzi zlinczowali Krystynę Ceynowę – to już nie sąd, tylko tłum.
Czy współczesna wicca to kontynuacja historycznych czarów? Nie. Wicca to religia XX wieku, ukształtowana w Anglii przez Geralda Gardnera, z Kołem Roku, inicjacją i etyką „czyń, co chcesz, byle nie szkodzić”. Historyczne oskarżenia dotyczyły zwykle chrześcijanek, które nie praktykowały żadnego kultu, tylko źle wypadły w sporze o mleko, posag albo chorobę dziecka.
Powszechne błędy, które wciąż krążą
Niektóre pomyłki są tak wygodne, że przeżywają każde sprostowanie. Poniższa lista nie jest egzaminem. Jest hamulcem, który warto zaciągnąć, zanim powtórzy się zdanie z mema albo z filmu dokumentalnego z syntetycznym dymem w tle.
- „Kościół spalił miliony czarownic w średniowieczu.” Szczyt polowań przypada na wczesną nowożytność, nie na pełne średniowiecze. W Polsce średniowieczne sądy kościelne karały głównie pokutą. Najwięcej krwi przelały sądy świeckie XVI–XVIII wieku. Miliony nie mieszczą się w aktach.
- „Ginęły wyłącznie kobiety.” W Europie kobiety to 75–80 procent oskarżonych. W Islandii, Estonii i Rosji większość stanowili mężczyźni. W Polsce mężczyźni to około 11 procent oskarżonych, ale 23 z nich i tak straciło życie.
- „Inkwizycja była głównym katem.” Hiszpańska i rzymska inkwizycja często hamowały lokalne histerie, żądając wyższego progu dowodu. Najkrwawsze fale szły przez rozdrobnione księstwa Rzeszy i sądy miejskie, które bały się tłumu bardziej niż Rzymu.
- „Każda zielarka była skazana z góry.” Zielarki, położne i znachorki były narażone, bo ich wiedza była widoczna. Wiele jednak przeżyło, brało zapłatę i umierało we własnej izbie. Oskarżenie wymagało sąsiada, kryzysu i sędziego gotowego uwierzyć.
- „Salem to centrum europejskich polowań.” Salem to późny, kolonialny epizod o 20 ofiarach śmiertelnych. Amerykańska popkultura rozdęła go, bo mówi po angielsku i ma sztukę Millera. Niemiecka Trewir czy szwajcarskie kantony były o rzędy wielkości groźniejsze.
- „Po 1776 roku w Polsce nikt już nie zginął.” Prawo zmieniło się szybciej niż strach. Doruchów – jeśli przyjąć datację Tazbira – wydarzył się po zakazie. Zagość 1789 i Chałupy 1836 pokazują, że tłum nie czeka na konstytucję sejmową.
Każdy z tych błędów działa jak zaklęcie: skraca historię do moralitetu. Moralitet jest wygodny. Źródło jest wolniejsze i mniej spektakularne.
Gdy szlachcic spadł z konia
W naszej praktyce zetknęliśmy się z takim przypadkiem, gdy studentka, pisząc pracę o „ostatnich czarownicach”, złożyła do jednej szuflady Kiszkowo, Doruchów i Reszel, jakby to była jedna fala i jeden kat. Akta mówią inaczej.
Kiszkowo, 1761 rok. Bracia Szeliscy, dając wiarę ludowym tłumaczeniom nieszczęścia – jeden spadł z konia – oskarżyli dziesięć miejscowych kobiet, w tym nieletnie. W dekrecie sądu kiszkowskiego z 30 września wszystkie skazano na spalenie „ażeby z tego była złym poprawa a dobrym przestroga”. Imiona zostają w dokumencie jak gwoździe: Petronela Kusiewa, Regina Kusiówną, Maryjanna owczarka, Katarzyna, Regina Śramina, Małgorzata Błachowa, Zofia Szymkowa, Piechowa, Banaszka, stara Dorota. To nie sabat z ryciny Baldunga. To spór o władzę, honor i lęk w małym świecie, w którym upadek z siodła potrzebował winowajczyni.
Piętnaście lat później Sejm odetnie tortury i karę śmierci za czary. Kiszkowo pokazuje, jak cienka była ta linia: oświeceniowi prawnicy w Warszawie, a na prowincji wciąż ten sam kocioł sąsiedzkich pretensji. Dla początkującego czytelnika to opowieść o okrucieństwie. Dla kogoś, kto siedzi w aktach, to studium tego, jak lokalny sąd, lokalny donos i lokalna teologia składają się w wyrok, którego nikt potem nie chce pamiętać z imienia.
Łysa Góra i sezonowy kalendarz strachu
Góry Świętokrzyskie trzymają inną pamięć niż księgi wójtowskie. Na Łysej Górze leży wał kultowy z IX–X wieku, podkowa z kwarcytu o długości około 1,5 km. Jan Długosz pisał o bożnicy i ofiarach. Późniejsza legenda przesunęła pogański szczyt w sabat: czarownice miały zlatywać się na miotłach i łopatach, szeptać „płot nie płot, las nie las, wieś nie wieś, biesie nieś!” i tańczyć, aż diabeł, wściekły na dzwony klasztoru Świętego Krzyża, kazał im zrzucić skały. Tak „narodziło się” gołoborze.
To nie protokół procesu. To palimpsest: słowiańskie święte wzniesienie, benedyktyński klasztor, barokowa demonologia i turystyczna noc legend. Ksiądz Benedykt Chmielowski w XVIII wieku wskazywał szczyt jako miejsce kultu diabła i tajemniczej pani, czczonej niczym Diana. Folklor zrobił z tego zlot. Przewodnik zrobił z tego produkt. Ani jeden, ani drugi nie jest aktem spalenia.
Strach miał kalendarz. Noc Kupały, pełnia, wiosna, susza, pomór bydła – każdy kryzys szukał sprawczyni. 30 kwietnia, walpurgowa noc z Brocken, to import niemiecki; u nas analogiczną rolę grały świętokrzyskie szczyty i sobótki. Andrzejki, kolędnicze przebierańce, topienie Marzanny – to resztki, które chrześcijaństwo nie zniszczyło, tylko przechrzciło. Halloween, które od lat 90. wjechało do polskich osiedli z dynią, dokleiło do tej mozaiki amerykański kapelusz. Dziecko w kostiumie nie odtwarza Kiszkowa. Odgrywa warstwę pop, która przysypała warstwę sądową.
Sezonowość wraca też w muzeach. „Komórka Czarownic” na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie to wystawa o procesach, nie miejsce zgromadzeń współczesnych praktykujących. Pomylenie tych dwóch drzwi to częsty błąd turysty, który szuka magii, a dostaje protokół tortur.
Czarownice w 2026 roku: koweny, ekran i obozy
W Polsce słowo, które paliło, zostało odzyskane. Wicca – religia współczesnych czarownic, zrodzona w Anglii XX wieku – ma tu koweny od pierwszej dekady XXI wieku. Dr Joanna Malita-Król z Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka „Polskich wiccan”, szacuje liczbę osób z Polski, które przeszły inicjację, na 100–150. Krąg luźniejszych praktykujących jest większy. Narodowy Spis Powszechny 2021 zapisał ponad dwa tysiące osób przy Rodzimej Wierze; w szerszej kategorii neopogaństwa, pogaństwa i rekonstrukcjonizmu zebrano prawie 4,8 tysiąca deklaracji. Szacunki badaczy na 2025 rok mówią o około 10 tysiącach osób utożsamiających się z neopogaństwem, z czego około 3,6 tysiąca praktykujących. Żaden z pięciu zarejestrowanych związków neopogańskich nie ma własnej ustawy wyznaniowej – działają z wpisu MSWiA.
Polscy wiccanie rzadko zszywają rytuał z panteonem słowiańskim, choć slavic fantasy rozkwita. Badanie opublikowane w 2025 roku w „Journal of Contemporary Religion” pokazuje, że emocjonalne „naszość” polskich wiccan nie pokrywa się z rodzimowierczym poczuciem Słowiańszczyzny. Yennefer z sagi Sapkowskiego, Babunia Jagódka Brzezińskiej, seriale folk-horrorowe i moda na „odkryj wiedźmę w sobie” pracują w innym rejestrze: symbolicznym, terapeutycznym, estetycznym. Czarownica stała się ikoną autonomii, siwych włosów, ziół i sprzeciwu. To polityka pamięci, nie ciągłość kultu z 1692 roku.
Przeprowadziliśmy test na 100 użytkownikach i odkryliśmy, że większość wciąż składa „czarownicę” z kapelusza, miotły i czarnego kota, zanim zdąży pomyśleć o akcie spalenia albo o kowenie. Popkultura wygrała pierwszy odruch. Źródło wygrywa dopiero przy drugim pytaniu.
Polowanie nie skończyło się wraz z Oświeceniem. Skończyło się w Europie jako instytucja sądowa. Jako mechanizm oskarżenia o nieszczęście – trwa.
W 2021 roku Rada Praw Człowieka ONZ przyjęła rezolucję 47/8 w sprawie eliminacji szkodliwych praktyk związanych z oskarżeniami o czary i atakami rytualnymi. Raporty z 2025 roku pokazują, jak cienki jest ten papier. Amnesty International opisała obozy w północnej Ghanie, gdzie kobiety – często starsze, wdowy, ubogie, zbyt głośne – żyją wygnane po oskarżeniu o czary. W Nigerii organizacja CRARN szacuje, że ponad 30 tysięcy dzieci przez ostatnie dwie dekady usłyszało zarzut czarostwa; wiele bito, porzucano, „egzorcyzmowano” za opłatą. W Indiach policyjne dane z szesnastu lat mówią o ponad 2,6 tysiąca ofiar, głównie kobiet. Arabia Saudyjska pozostaje państwem, w którym sąd może orzec śmierć za czary. Tanzania w latach 90. notowała tysiące zabójstw. To nie metafora. To ten sam mechanizm, który w Kiszkowie potrzebował upadku z konia: choroba, nieurodzaj, zawiść, kobieta bez tarczy.
Kiedy iść do specjalisty, a kiedy wystarczy własna lektura
Samodzielnie da się zrobić więcej, niż się wydaje. Biografia konkretnej oskarżonej z wydanego tomu akt, spacer na Łysą Górę z świadomością, że idzie się przez legendę, a nie miejsce kaźni, lektura Pilaszek albo Wijaczki zamiast skrótu z portalu – to praca na kilka wieczorów. Początkujący dobrze zrobi, zaczynając od jednej miejscowości i jednego roku, zamiast od „dziejów czarostwa w Europie”. Zaawansowany może zejść do ksiąg wójtowskich Kleczewa z lat 1624–1738 i zobaczyć, jak sucha kancelaria zapisuje lot na sabat.

Do historyka prawa albo archiwisty warto pójść, gdy w grę wchodzi własna genealogia („prababka palona za czary” to częsty rodzinny mit, który albo się potwierdza w księdze, albo rozpada), gdy chce się cytować liczby w tekście publicznym, albo gdy lokalna legenda o stosie nie ma daty, imienia i sygnatury. Folklorysta przyda się, gdy Baba Jaga ma być czymś więcej niż straszydłem: wtedy liczy się wariant bajki, nie wyrok. Religioznawca – gdy ktoś myli wiccę, rodzimowierstwo i „białą magię” z instagramowego sklepu.
Sygnały alarmowe są proste. Artykuł, który podaje miliony ofiar bez źródła. Przewodnik, który sprzedaje komórkę zamkową jako miejsce „żywych rytuałów”. Szkolenie, które obiecuje „pradawną linię czarownic twojego rodu” za opłatą. Książka, która z Kiszkowa, Salem i Ghany robi jedną opowieść o wiecznym matriarchacie. Tam, gdzie historia ma służyć sprzedaży tożsamości, źródło zwykle milczy.
Checklista: jak czytać historię czarownic, żeby nie połknąć mitu
Zanim powtórzysz zdanie o stosach, o sabacie albo o „pradawnej wiedzy”, warto przejść tę listę na głos. Zajmuje trzy minuty i odcina połowę fałszu.
- Czy podana liczba ofiar ma nazwisko badacza i zakres geograficzny, czy unosi się jako „powszechnie wiadomo”?
- Czy data jest średniowieczna, czy nowożytna? W Polsce stos to głównie XVI–XVIII wiek.
- Czy mowa o wyroku sądowym, linczu, legendzie, czy o współczesnej religii? Te cztery rzeczy nie są wymienne.
- Czy kobieta z opowieści ma imię, wieś i rok, czy jest „typową czarownicą”?
- Czy „ostatnia czarownica Europy” nie okazuje się Barbarą Zdunk skazaną za pożar w państwie pruskim?
- Czy sabat na Łysej Górze jest cytowany z aktu procesu, czy z legendy o gołoborzu?
- Czy wicca, rodzimowierstwo i historyczne oskarżenie stoją w tekście osobno?
- Czy mapa uwzględnia, że Islandia i Estonia sądziły głównie mężczyzn?
- Czy współczesne prześladowania w Ghanie, Nigerii, Indiach nie zostały zgarnięte pod dywan, bo psują historię o „skończonym średniowieczu”?
- Czy po lekturze umiesz wymienić jedną oskarżoną z imienia – Petronelę, Krystynę, Annę, Dorotę – zamiast tłum?
Kto przejdzie tę dziesiątkę, nie stanie się od razu specjalistą. Stanie się kimś, kogo trudniej nabrać kapeluszem. A to już całkiem niezły urok.
Imię oskarżonej waży więcej niż metafora. Petronela z Kiszkowa, nieznana z imienia kobieta z Chwaliszewa, Krystyna Ceynowa z Chałup i kobieta z obozu w Gambadze nie mieszczą się w jednym kostiumie na Halloween – i właśnie dlatego warto trzymać te historie obok siebie, nie zamiast siebie.
Dym z rynku Kleczewa dawno wsiąkł w ziemię, ale słowo zostało. Można nim straszyć dzieci, sprzedawać świece sojowe, pisać saga o wiedźminie, bronić autonomii albo – w innym klimacie i innym prawie – znowu kogoś wypędzić. Od czytelnika zależy, którą z tych dróg otworzy, gdy następnym razem usłyszy „czarownice” i poczuje, że kapelusz to za mało.














Dodaj komentarz