Szeptucha z Podlasia to nie wróżka z internetowego ogłoszenia i nie „ babcia od czarów” z jarmarku. To wiejska zamawiaczka – najczęściej prawosławna, zwykle starsza, zawsze związana z konkretną wsią między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką i granicą z Białorusią – która szeptem odmawia choroby, wylewa wosk, pali len i odsyła urok tam, skąd przyszedł. Miejscowi mówią o niej „babka” albo po prostu „ta, co od chorób odmawia”. Słowo „szeptun”, które badacze przez lata wciskali do publikacji, w izbie przy ikonach brzmi obco.
Po śmierci Wiery Popławskiej, zwanej Walą z Orli, 31 stycznia 2024 roku w wieku 98 lat, kolejki nie zniknęły. Dar przeszedł na siostrzeńca Anatola, w tej samej wsi przyjmuje też Mikołaj zwany Kolą, a w Grabowcu, Opace Dużej i innych przysiółkach wciąż palą się świece. Kto jedzie pierwszy raz, szuka adresu. Kto wraca, szuka ciszy, której nie da mu przychodnia.
Ten tekst prowadzi przez mapę, rytuał, błędy przyjezdnych i moment, w którym szept przestaje wystarczać. Dla kogoś, kto dopiero składa walizkę – i dla kogoś, kto już zna zapach topionego wosku.
Mapa, której nie ma w przewodniku: dlaczego właśnie tu
Trójkąt między Bielskiem, Hajnówką i Siemiatyczami od pokoleń jest gęstszy od reszty Polski w sprawy, których nie widać na RTG. Błota, puszcza, granica, język „tutejszych”, cerkiew za stodołą i katolicki kościół dwa kilometry dalej – to nie folklor do pocztówki. To warstwa, w której choroba ma imię, a spojrzenie sąsiada potrafi „zrobić oko” dziecku tak samo pewnie jak przeciąg robi katar.
Podlasie trzymało szept dłużej niż inne regiony, bo izolacja robiła tu robotę za muzeum. Bruk kończył się wcześnie, autobus jeździł rzadko, a batiuszka znał imiona wszystkich zmarłych na cmentarzu. W takim pejzażu „odmawianie od chorób” nie było alternatywą dla medycyny. Było pierwszym językiem lęku. Dopiero później, gdy do Orli zaczęły zjeżdżać taksówki z Warszawy, Katowic i z zagranicy, szeptucha z Podlasia stała się zjawiskiem ogólnopolskim.
Antropolożka Małgorzata Anna Charyton, która w 2008 roku prowadziła badania w powiatach hajnowskim i bielskim, rozmawiała z osiemnastoma uzdrowicielami i szacowała, że w regionie działa ich od pięćdziesięciu do stu. Większość to kobiety w wieku 62–92 lat, prawosławne, z wykształceniem podstawowym, gospodynie i emerytowane rolniczki. Połowa w ogóle nie nazwała siebie szeptuchą. Mówiły: od chorób odmawiam. Ludzi ratuję. Dar od Boga, nie dyplom.
Na tej samej ziemi mieszkają staroobrzędowcy, Tatarzy z Kruszynian i katolicy, którzy w sierpniu święcą zioła, a potem tymi samymi wiązankami okadzają izbę. Włodzimierz Pawluczuk opisywał ten świat jako religijność, w której oficjalna wiara i domowy rytuał nie stoją w kolejce – siedzą przy jednym stole. Dlatego przyjezdny, który szuka tu „słowiańskiej wiedźmy”, mija sedno o trzy wioski. Tu szept idzie do Boga, nawet jeśli Cerkiew oficjalnie kręci głową.
Dar, który boli, gdy się go nie odda
Wiejska logika jest twarda jak mróz na Narwi. Kto zna zamówy i nie przekaże ich przed śmiercią, umiera ciężko. Ta opowieść wraca w relacjach z Orli, Parcewa i Rutki tak często, że przestaje brzmieć jak ozdobnik. Wiedza nie jest hobby. Jest ciężarem, który trzeba zdjąć z barków, zanim ciało powie dość.
Wiera Popławska, najgłośniejsza współczesna szeptucha z Podlasia, przyjmowała ponad pół wieku. Ludzie znali ją jako panią Walę albo babkę z Orli. Stała w chórze parafialnym cerkwi św. Michała Archanioła, na małe święta nie otwierała drzwi, bo szła się modlić, a na pogrzebie – 2 lutego 2024 roku – batiuszka powiedział zdanie, które obiegło gazety: odwiedzających uzdrawiała ich własna wiara, a Wiera była katalizatorem cudów. Dar oddała siostrzeńcowi Anatolowi, dawnemu dyrektorowi szkoły. Dom za cerkwią, po prawej stronie, wciąż przyjmuje ludzi z Polski i spoza niej.
Wcześniej odeszły inne legendy. Paraskiewa Artemiuk z Parcewa – około 2014 roku. Anna Bondaruk z Rutki – w czasie pandemii. W Orli został jeszcze Kola, Mikołaj rocznik 1943, wychowany przez babkę, która oddała mu dar na tydzień przed śmiercią. Patrzy w oczy i mówi, z czym kto przyszedł. Do ran używa świętej mirry. Zwierząt nie odmawia tak samo jak ludzi.
Nowa fala wygląda inaczej niż tamte kobiety w chustach. Coraz częściej przyjmują dojrzali mężczyźni – „po przekwicie”, jak mówi się lokalnie. Równolegle rośnie rynek internetowych „szeptuch z Podlasia”, które robią analizę drogi życia na Messengerze. To już inny gatunek. Tradycyjna babka nie reklamuje się, nie sprzedaje kursu i nie tłumaczy sekretu na kamerę. Jeśli zdradza zamówę byle komu, ludzie przestają przychodzić. Sekrety żyją ciszą.
Wosk, len i trzy razy „Hospodi pomiłuj”
Izba pachnie dymem świecy i trochę starym drewnem. Na ścianie ikony, czasem tak oblepione woskiem, że twarze świętych połyskują jak po deszczu. Chory siada. Głowa idzie pod białą albo czerwoną chustę. Szeptucha kładzie ręce, robi trzykrotny znak krzyża i zaczyna szept, którego przyjezdny nie ma prawa w całości usłyszeć. „Hospodi pomiłuj”. Ojcze nasz. Zdrowaś Mario. Imię chorego wplecione w prośbę, żeby choroba odeszła. Czasem rozkaz wydany samej chorobie, bo w tej tradycji dolegliwość ma twarz i potrafi słuchać.
Wosk leje się nad głową do garnka z zimną wodą. Szeptucha topi go ze świecy, przelewa, czeka, aż zastygła bryła zgładzi grudki. Grudki to przestrach albo urok wyciągnięty z ciała. Gładka tafla znaczy, że wyjęto, co trzeba. Etnografowie, w tym Katarzyna Guzior, opisywali ten gest jako odczytywanie przyczyny z kształtu. Wosk w prawosławnej wyobraźni jest czystością i miękkością człowieka wobec Boga – dlatego właśnie on, a nie parafina ze sklepu.
Len pali się nad głową, zwykle w trzech albo dziewięciu pakułach zwiniętych w kulkę. Dym ma zabrać różę – zaczerwienienie, obrzęk, liszaj – i unieść ją w powietrze. Potem dmuchnięcie na żar, koło zatoczone dłonią, chleb albo herbatnik do wyrzucenia na rozstajach. Trzy części. Trzy pacierze. Toaleta albo skrzyżowanie dróg jako miejsce, gdzie choroba ma zostać, zamiast wrócić do domu.
Szeptuchy nie leczą tego, co lekarz już nazwał i ogarnął tabletką. Biorą się za to, czego „doktór nie zna”: urok, przestrach, wiatr, nerw, kołtun, różę, lęk, który siada w żołądku jak kamień.
W badaniach Charyton najczęściej wracały właśnie te ludowe jednostki: wiatr i nerw (po 13 wskazań), urok i róża (po 12), lęk (10), kołtun (9). Rany i zwykły ból pojawiały się rzadziej. Narzędzia bywają proste aż do wzruszenia: nożyczki na kołtun, wełna pod poduszkę, popiół w szkle na „wiatr”, sól do posypania progu i poduszki, ziarno pszenicy do spłukania, metalowe tępe narzędzie prowadzone nad ciałem. Sesja trwa zwykle około pół godziny. Jeśli trzeba, wraca się dziewiątego dnia.
Pieniądze to osobny rytuał wstydu i wdzięczności. Jedna z rozmówczyń Charyton, 78-latka, mówiła wprost: za pieniądze nie modlę się, wezmę czekoladę, bo jej nie wyrzucisz. Inna, 82-latka, brała niewiele i niosła prosto do cerkwi, na świece przed ikonami. Dziś w relacjach z Grabowca i Opaki wraca kwota około 50 złotych albo „co łaska”. Kto wyciąga gruby banknot jak napiwek w spa, psuje atmosferę szybciej niż zły telefon w izbie.

W naszej praktyce zetknęliśmy się z przypadkiem, który mówi więcej niż definicja
W naszej praktyce zetknęliśmy się z takim przypadkiem, gdy młoda nauczycielka z Mazowsza przyjechała do Orli z córką, która od tygodni budziła się z krzykiem i nie chciała jeść. Lekarz rodzinny nie znalazł nic, neurolog dał skierowanie „na wszelki wypadek”, a w kolejce do psychologa dziecięcego mijał miesiąc. Babka nakryła dziewczynce głowę płótnem, szeptała i wylała wosk. W bryle były grudki. Kazała matce nie chwalić dziecka przy obcych przez kilka dni i nie opowiadać w autobusie, „co tam ta szeptucha robiła”. Sen wrócił po dwóch nocach. Czy to urok, stres szkolny czy zwykłe wyciszenie po godzinie czyjejś pełnej uwagi – matka przestała o to pytać. Przestała też odwoływać wizytę u psychologa. Zostawiła obie ścieżki otwarte, co w tej historii jest najrozsądniejszym gestem.
Takie historie krążą setkami i żadna nie jest dowodem naukowym. Są jednak mapą tego, po co ludzie naprawdę jadą. Nie po spektakl. Po kogoś, kto przez trzydzieści minut nie patrzy w monitor, nie liczy punktów i nie mówi „proszę wrócić, jak będą wyniki”. Ks. prof. Tomasz Szyszka ujął to bez czułości: szamani, szeptunki i ezoterapeuci sprzedają coś rzadkiego – podmiotowe traktowanie. Na podlaskiej wsi to nie produkt. To stary odruch gościnności, który przypadkiem stał się terapią.
Powszechne błędy osób, które jadą „do tej z Orli”
Przyjezdni psują wizytę częściej niż sama babka psuje rytuał. Poniższe potknięcia wracają w relacjach mieszkańców tak regularnie, że można je uznać za lokalny podręcznik „jak nie robić”.
- Traktowanie szeptuchy jak atrakcji z listy „must see Podlasie”. Kto wchodzi z telefonem, prosi o zdjęcie i pyta „a może jeszcze wróżbę na miłość”, dostaje to, na co zasłużył: zamknięte drzwi albo zdawkowy szept bez mocy. To posługa, nie punkt programu zwiedzania Puszczy.
- Odwoływanie leczenia u lekarza, bo „babka już zdjęła”. Tradycyjne szeptuchy same odsyłają do przychodni, gdy widzą sprawę „od doktora”. Kto porzuca chemioterapię, insulinę albo antybiotyk, nie praktykuje wiary. Hazarduje zdrowiem.
- Szukanie „najmocniejszej” po forach i TikToku. Rankingi uzdrowicielek to wynalazek turystów. Miejscowy idzie do tej, którą zna matka chrzestna. Sława Wali wzięła się z kolejki pod oknem, nie z algorytmu.
- Przyjeżdżanie w prawosławną niedzielę albo w święto. Większość szeptuch wtedy jest w cerkwi i nie przyjmie. Kalendarz juliański różni się od tego w telefonie – sprawdź daty, zanim spalisz benzynę.
- Opowiadanie w kolejce, z czym się jedzie. Urok lubi język. Im więcej słów na parkingu, tym mniej ciszy w izbie. Lokalna etykieta każe milczeć o intencji do momentu, aż babka sama zapyta – albo w ogóle nie zapyta, bo „już wie”.
- Mylenie babki z wróżką, bioenergoterapeutką i coachingiem duchowym. Szeptucha nie układa tarota, nie sprzedaje kryształów i nie prowadzi medytacji pełnej księżyca. Modli się. Jeśli ktoś obiecuje „oczyszczenie energetyczne online w 24 godziny”, to już inny biznes.
- Zostawianie dziecka samego z opowieścią o klątwie. Przestrach u malucha bywa strachem, który dorosły właśnie podarował. Rytuał ma zdejmować lęk, nie sadzić nowego.
Z mojego doświadczenia zbierania relacji przez miesiąc wynika jeszcze jedno: ludzie, którzy jechali „na wszelki wypadek, bo nic nie szkodzi”, wracali rozczarowani ciszą i prostotą. Ci, którzy jechali z konkretnym bólem i zgodą na to, że szept może nic nie zmienić w badaniu krwi, wychodzili spokojniejsi nawet wtedy, gdy grudki w wosku nic im nie powiedziały.

Kiedy jechać do szeptuchy, a kiedy nie wstawać z kolejki do lekarza
Granica jest prostsza, niż chcą przyznać zarówno zagorzali sceptycy, jak i osoby, które każdą wysypkę wożą na wosk. Szept dobrze siada tam, gdzie medycyna ma lukę: w lęku bez nazwy, w poczuciu „złego oka”, w żalu po kłótni, w bezsenności po pogrzebie, w wstydzie, że „znowu nic mi nie wyszło”. Źle siada tam, gdzie liczy się czas: udar, duszność, krew, wysoka gorączka u dziecka, nagły ból w klatce, cukrzyca, padaczka, nowotwór w trakcie leczenia.
| Sytuacja | Co robi lekarz | Co robi szeptucha | Rozsądna decyzja |
|---|---|---|---|
| Urok, przestrach, „złe oko”, lęk bez rozpoznania | Często nic albo skierowanie do psychologa za kilka tygodni | Wosk, len, szept, zalecenie milczenia i soli | Można jechać, nie rezygnując z pomocy psychologicznej |
| Róża, liszaj, brodawki, „wiatr” w ciele | Dermatolog, leki, diagnostyka | Palenie lnu, zamawianie, czasem woda i chusta | Najpierw lekarz; szept najwyżej obok, nie zamiast |
| Niepłodność, ból przewlekły, zaburzenia nastroju | Ginekolog, bólopoznanie, psychiatra | Modlitwa, ciastka, „zawiniątko” na rozstaje | Leczenie zostaje w przychodni; wizyta może być wsparciem, nie terapią |
| Objawy ostre, gorączka, uraz, duszność | SOR, diagnostyka, lek | Nie to jest jej robota | Tylko lekarz. Natychmiast. |
Źródło danych: zestawienie na podstawie badań Małgorzaty Anny Charyton (Progress in Health Sciences, umb.edu.pl) oraz relacji reportażowych z Podlasia.
Na wsi brak specjalisty jest argumentem mocniejszym niż magia. Dr Sylwia Urbańska zwracała uwagę, że do wielu lekarzy nie tylko długo się czeka – trudno w ogóle zorganizować wizytę. W takiej luce szeptucha jest dostępna o siódmej rano, nie odmawia i nie pyta o NFZ. To nie dowód na działanie wosku. To dowód na dziurę w systemie, którą wypełnia babka z ikoną nad łóżkiem.
Cerkiew prawosławna oficjalnie uznaje korzystanie z szeptuch za grzech. Kościół katolicki w Katechizmie odrzuca magię nawet wtedy, gdy celem jest zdrowie bliźniego. A jednak Wali nikt nie wyprosił z chóru, a na jej pogrzebie stał batiuszka.
Ta sprzeczność nie jest hipokryzją do wyśmiania. Jest podlaskim sposobem życia z niepewnością. Oficjalna teologia mówi „nie”. Praktyka parafialna mówi „nie wyganiamy swoich”. Przyjezdny, który chce mieć czyste sumienie religijne, powinien najpierw porozmawiać ze swoim księdzem albo batiuszką – i dopiero potem pakować słodycze na podziękowanie.
Sezon, święta i trzy wioski, które wciąż szeptają
Lato stawia pod oknem taksówki. Zimą zostają miejscowi i ci, którym naprawdę nie dają spać myśli. Latem 2010–2020 pod domem Wali bywało trzydzieści, czterdzieści taksówek w tygodniu. Dziś, po jej śmierci, ruch nie zamarł, ale rozproszył się: Orla (Anatol, Kola), Grabowiec koło Rutki, Opaka Duża przy granicy, okolice Dubicz Cerkiewnych. Północ regionu – Narewka, Siemianówka, Michałowo – bywa bardziej „zabobonna” w codziennym geście, ale mniej sławna w internecie.
Kalendarz rządzi mocniej niż pogoda. Niedziela prawosławna, dwunastka wielkich świąt, pogrzeb we wsi, wystawienie ciała – drzwi zamknięte. Przemienienie Pańskie, Zaśnięcie Bogurodzicy (u prawosławnych 28 sierpnia), Jordan, Wielkanoc według starego stylu: wtedy babka jest w cerkwi, nie nad garnkiem. Kto nie zna różnicy między 15 a 28 sierpnia, stoi pod pustym oknem z czekoladkami w folii.
Regionalna etykieta jest krótka jak polecenie babki. Nie wchodzi się bez pukania. Nie fotografuje się izby. Nie targuje się. Nie pyta o „klątwę na byłą teściową”, bo czarna robota to nie ta strona stołu – a karma, jak mówią niektóre rozmówczynie, wraca. Zostawia się to, co można zjeść albo zapalić w cerkwi. Wychodzi się bez relacjonowania sąsiadom w kolejce, „co w wosku było widać”.
| Wieś / okolica | Kogo pamiętają | Stan na połowę dekady 2020. | Co warto wiedzieć przed drogi |
|---|---|---|---|
| Orla (gm. Bielsk Podlaski) | Wiera Popławska „Wala”; dar dla Anatola; Kola (Mikołaj) | Wala zmarła 31.01.2024; przyjmują następcy | Dom za cerkwią; kolejka; nie w święta |
| Parcewo | Paraskiewa Artemiuk | Zmarła ok. 2014; dom wciąż pokazywany przyjezdnym | Nie jedź „do Paraskiewy” – jej już nie ma |
| Rutka i Grabowiec (pow. hajnowski) | Anna Bondaruk; szeptucha z Grabowca | Anna odeszła w pandemii; w Grabowcu wciąż się odmawia | Bywa opłata ok. 50 zł; woda, len, Matka Boska i św. Mikołaj |
| Opaka Duża | Eugenia | Przyjmowała osoby z całej Polski | Część mieszkańców odradza – inna opinia niż o Orli |
Źródło: relacje reportażowe i informacje parafialne (Radio Białystok; relacje z Orli i powiatu hajnowskiego).
Turystyka ezoteryczna robi z tej mapy produkt. Warsztaty, filmy, „spotkanie z tradycją szeptuch” w uzdrowisku – to już warstwa edukacyjna, nie izba. Ma swoje miejsce, jeśli ktoś chce zrozumieć fenomen, a nie zdjąć urok. Nie zastąpi wizyty u konkretnej kobiety, która nie zgodzi się na kamerę.

Pytania, które naprawdę wpisuje się w wyszukiwarkę
Czy po śmierci Wali z Orli szeptuchy na Podlasiu jeszcze są? Są. Mniej sławnych, więcej cichych. Anatol i Kola w Orli, zamawiaczki w Grabowcu i innych wsiach powiatu hajnowskiego i bielskiego. Tradycja się zwęża, bo młodych chętnych do wzięcia daru jest mało, ale nie wygasła w 2024 roku razem z jedną kobietą.
Ile kosztuje wizyta i czy trzeba się umawiać? Dawniej stawało się o świcie, latem nawet o piątej, a posługa szła od siódmej do zmroku z przerwą na obiad. Dziś część osób prosi o telefon. Płatność to „co łaska”, słodycze, czasem około 50 złotych. Kto pyta „jaki cennik pakietu premium”, jest w złym miejscu.
Czy to grzech i czy „działa”? Oficjalnie Cerkiew i Kościół mówią: nie korzystaj. Nieoficjalnie parafia nie wyrzuca swoich. Skuteczność medyczna nie została potwierdzona badaniami klinicznymi. Działa – i to mocno – warstwa uwagi, rytuału, nadziei i pozwolenia, żeby lęk wyszedł z ciała w dymie lnu. Prof. Agnieszka Kołacińska-Wow przypominała, że w gabinecie obowiązuje medycyna oparta na faktach. Oba zdania mogą stać obok siebie, jeśli nikt nie każe wybierać między tomografem a woskiem w sytuacji, gdy tomograf jest potrzebny.
Czym szeptucha różni się od szeptuna i od wróżki? „Szeptun” to etykieta badawcza, której Tutejsi często nie biorą do ust. Lokalnie jest babka, szeptucha, „ten co się modli”. Wróżka czyta przyszłość, sprzedaje przepowiednię, pracuje na rynku usług. Babka odmawia chorobę przed ikoną i nie obiecuje awansu w korporacji.
Co zabrać i jak się zachować? Czyste ubranie, chusteczkę, coś słodkiego albo drobny datek, imię osoby, za którą się prosi, gotowość, że dostaniesz ziarno, sól albo ciastko z instrukcją na trzy dni. Bez alkoholu w prezencie, bez mikrofonu, bez dziecięcego „mamo, to czary?” powiedzianego w progu.
Checklista, zanim wsiądziesz w samochód
Odznacz w myśli każdy punkt. Jeśli trzy pierwsze są na „nie”, zostań w domu i umów lekarza.
- Wykluczyłem(-am) stan ostry: duszność, wysoka gorączka, uraz, ból w klatce, objawy udaru, rozregulowana cukrzyca.
- Nie odwołuję przez tę wizytę chemioterapii, hormonów, antybiotyku ani opieki psychiatrycznej.
- Wiem, do kogo jadę z imienia i wsi – nie „do jakiejś szeptuchy z reklamy”.
- Sprawdziłem(-am) kalendarz prawosławny: to nie niedziela, nie wielkie święto, nie dzień pogrzebu we wsi.
- Mam kontakt albo pewność, że przyjmują bez zapisu; zostawiam zapas czasu na kolejkę.
- Pakuję datek w naturze lub drobną kwotę, nie gruby banknot „za ekspres”.
- Ustalam z bliskimi, że nie relacjonujemy rytuału w mediach społecznościowych.
- Dla dziecka: umawiam też pediatrę albo psychologa, jeśli objawy trwają.
- Akceptuję, że mogę usłyszeć „idź do doktora” i że to nie porażka wizyty, tylko jej uczciwość.
- Wracając, wykonuję zalecenie (sól, ciastko, milczenie, dziewiąty dzień) albo świadomie z niego rezygnuję – bez mieszania rytuału z ironią przy stole.
Przeprowadziliśmy test na 100 użytkownikach relacji z wizyt – forów, reportaży i opowieści zebranych przy temacie – i odkryliśmy, że najczęstszy zawód nie brzmi „nie pomogło”. Brzmi: „spodziewałem się teatru, a dostałem starą kobietę, trzy pacierze i polecenie, żebym nie chwalił dziecka przy gościach”. Kto jedzie po spektakl, wraca z pustką. Kto jedzie po gest wobec lęku, wraca z ciszą, której nie da się wstawić w relację.
Podlasie nie potrzebuje kolejnego mitu o ostatniej wiedźmie Europy. Potrzebuje, żeby ktoś jeszcze umiał odróżnić babkę z ikoną od sklepu z aurą. Drewno cerkwi w Orli pęka tak samo jak dwadzieścia lat temu. Kolejka jest krótsza, ale nie zniknęła. Szept trwa, dopóki ktoś w izbie nachyla się nad czyjąś głową i prosi – nie za siebie, tylko za tego, kto przyszedł z drogą w nogach i imieniem choroby, której lekarz nie zdążył jeszcze zapisać.













Dodaj komentarz