Feliks Burdecki – uczony, pisarz i wizjoner

Feliks Burdecki należy do tych polskich nazwisk, które wypadły z podręczników, a mimo to wciąż wracają w sporach o fantastykę, kolaborację i pamięć. Urodzony 17 kwietnia 1904 roku w Toruniu, zmarły 14 września 1991 roku w Republice Południowej Afryki, był doktorem matematyki, popularyzatorem astronomii, autorem powieści „Babel” i człowiekiem, którego powojenna Polska skazała zaocznie na dożywocie. Jednym tchem wymieniano go kiedyś obok przedwojennych lektur o rakietach, telewizji i atomie; później wystarczała łatka zdrajcy.

Jego biografia nie układa się w prostą linię geniusza ani w czarną legendę kolaboranta. Syn piekarza z Torunia, dwujęzyczny uczeń niemieckiego gimnazjum, doktorant Maurice’a Frécheta w Strasburgu, nauczyciel z Wągrowca i Zambrowa, głos Polskiego Radia, redaktor okupacyjnych pism szkolnych, publicysta „Przełomu”, emigrant w Szwajcarii, Etiopii i Pretorii – każdy z tych rozdziałów ciągnie za sobą inne pytania. Ten tekst zbiera je w jednym miejscu: od kopernikańskiego dzieciństwa, przez literackie wizje Księżyca w 1950 roku, aż po meteorologiczne lata w Afryce i praktyczne wskazówki, gdzie dziś szukać jego książek.

Dla początkującego czytelnika będzie to mapa postaci, o której szkoła milczy. Dla osoby obytej z historią II Rzeczypospolitej i okupacji – rekonstrukcja sporów, dat i źródeł, bez wygładzania kantów.

Toruńskie korzenie i kopernikański impuls

Dom przy toruńskiej piekarni pachniał mąką, niemieckimi gazetami i polską dumą, która nie lubiła prostych haseł. Ojciec, Apolinary Burdecki (1857–1934), wyszedł z biednej chłopskiej rodziny w Poznańskiem. Po epidemii cholery, która zabrała mu rodziców i niemal całe rodzeństwo, boso wyruszył do Berlina, terminował tam szesnaście lat, zahaczył o Stany Zjednoczone i w 1889 roku, już jako mistrz, otworzył piekarnię w Toruniu. Matka, Helena z Szafrańskich (1871–1913), pochodziła z pocztowo-telegraficznego patrycjatu; zmarła, gdy syn miał dziewięć lat. W tle krążył wuj Telesfor, piszący po niemiecku jako Teo von Torn, autor jowialnych „Offiziersgeschichten”, który umarł we Frankfurcie nad Menem w marcu 1914 roku. Dwujęzyczność nie była tu ozdobą salonu. Była powietrzem, którym oddychało się od śniadania do lekcji łaciny.

Toruń zrobił z chłopca coś, czego nie dała żadna stolica. „Kopernikańska tradycja” miasta – jak sam to później nazwał – wbiła mu w głowę miłość do matematyki i astronomii wcześniej, niż zdążył skonstruować własne zdanie polityczne. W latach 1910–1921 przeszedł drogę od nony do primy: najpierw w niemieckim gimnazjum, na końcu w nowo spolonizowanej ósmej klasie, gdzie teksty łacińskie, greckie, francuskie i angielskie trzeba było nagle tłumaczyć już nie na niemiecki, lecz na polski. Maturę zdał jako primus omnium. Od 1917 roku działał w tajnym Towarzystwie Tomasza Zana, które krzewiło język polski i historię kultury. W 1920 roku zgłosił się ochotniczo do polskiej Gwardii Narodowej, ale do walki nie zdążył – silna krótkowzroczność na zawsze zwolniła go ze służby wojskowej.

Swobodę po maturze, w czerwcu 1921 roku, zużył w sposób, który dziś brzmi jak anegdota z innego stulecia. W wielkiej sali Dworu Artusa wygłosił dwa publiczne wykłady o teorii względności Einsteina i – jak sam przyznawał z młodzieńczą bezczelnością – „autorytarnie” stworzył polską terminologię nowej fizyki. Dawny nauczyciel, profesor Franciszek Prowe, poprosił go potem, by to samo powtórzył po niemiecku dla wyższych klas wydzielonego już niemieckiego gimnazjum. We wrześniu 1921 roku ukazał się pierwszy artykuł prasowy. Popularyzator nauki urodził się, zanim dorosły pisarz zdążył otworzyć własne wydawnictwo.

Od Strasburga do mikrofonu: jak powstawał wolny pisarz nauki

Studia matematyczno-przyrodnicze na Uniwersytecie Poznańskim toczyły się w powojennej biedzie, finansowane korepetycjami i artykułami. Jako asystent-wolontariusz przy nowo założonym obserwatorium astronomicznym publikował drobne prace pod okiem profesora Bohdana Zaleskiego, dawnego asystenta z Pułkowa, który zmarł wyczerpany w 1927 roku. Rachunku różniczkowego uczył go Zdzisław Krygowski, logiki i historii filozofii – Władysław Kozłowski, entuzjasta Spinozy i Leibniza. W 1923 roku poznał studentkę astronomii Józefę Marię Klinke; w sierpniu 1924 roku wzięli ślub, „prawdziwie studenckie małżeństwo”. We wrześniu tego samego roku Burdecki stanął przy tablicy w Wejherowie jako nauczyciel matematyki i fizyki.

Rok akademicki 1925/26 spędził w Strasburgu – wybór nieprzypadkowy, bo alzaccy żołnierze i duchowni bywali w toruńskim domu jeszcze w czasie wojny, a przy zamkniętych oknach śpiewano tam czasem „Marsyliankę”. Doktorat przygotowywał u Maurice’a Frécheta i Maurice’a Flamanta. Temat – iteracja funkcji zmiennej rzeczywistej – nosił w głowie już w Poznaniu. Rozprawa Sur l’itération d’une fonction de variable réelle powstała po francusku; Flamant wieczorami szlifował z nim język. W listopadzie 1925 roku w Strasburgu urodziła się starsza córka, Beatrycze. W 1927 roku, dzięki wstawiennictwu nestora polskiej matematyki Samuela Dicksteina, doktorat nostryfikował Uniwersytet Warszawski. Późniejsze encyklopedie bywają tu nieostrożne: bywa, że przypisuje się mu doktorat na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej albo profesurę w Poznaniu. Sam życiorys mówi inaczej – tytuł przyszedł ze Strasburga, a uniwersytecka kariera w ówczesnej Polsce była „zamknięta dla ubogich młodych adeptów”.

Zaczęła się wędrówka po gimnazjach: Wągrowiec, Zambrów, Warszawa. W Zambrowie, w listopadzie 1927 roku, urodziła się młodsza córka Danuta. Skok do stolicy umożliwiła Książnica-Atlas i zaliczka za dwie książki, które Ministerstwo Wychowania wkrótce wpisało na listę lektur dla wyższych klas: „Podróże międzyplanetarne” i „Budowę wszechświata” (obie 1929). Pierwsza z nich była pierwszym polskim, względnie przystępnym, a zarazem precyzyjnym wykładem zasad lotów rakietowych, opartym na pracach Hermanna Obertha i Roberta Esnault-Pelteriego. Okładkę „Podróży” projektował Kamil Mackiewicz; inne tomy zdobiły później rysunki Jana Marcina Szancera. W auli Uniwersytetu Warszawskiego, na wykładzie Towarzystwa Przyjaciół Astronomii, zaatakował go fizyk Czesław Białobrzeski – i wycofał zarzuty, rozdzwaniając kolegów z przeprosinami.

Przez dekadę opublikował około dwóch tysięcy tekstów w prasie warszawskiej i prowincjonalnej, m.in. w „Tygodniku Ilustrowanym”, „Naokoło świata” i „Kurierze Porannym”. Po pierwszym radiowym wykładzie został stałym doradcą i prelegentem Radia Warszawa w sprawach techniki, nauk przyrodniczych i ekspedycji. Kryzys 1933–1935 zmusił go z powrotem do tablicy, tym razem w żeńskim gimnazjum. Przejściowy azyl znalazł w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej Politechniki Warszawskiej u Mieczysława Wolfkego, który w styczniu 1937 roku pomógł mu wyjechać naukowo do Paryża. Stąd wtórne opowieści o kontaktach z Ireną Joliot-Curie i Jeanem Baptiste’em Perrinem: udział w europejskim życiu fizyków jest udokumentowany, „współpraca” w ścisłym laboratoryjnym sensie pozostaje hasłem, które historycy literatury powtarzają ostrożniej niż publicyści.

Co „Babel” przewidział – i gdzie rakieta minęła Księżyc

Powieść „Babel”, wydana na przełomie 1930 i 1931 roku nakładem Domu Książki Polskiej (około 300 stron), była szeroko dyskutowana, zanim jej autor stał się niewygodny. Dwudziestosiedmioletni nauczyciel z wykształceniem fizyka i astronoma narysował w niej optymistyczny rozkład jazdy astronautyki, energię atomową i zjednoczenie Europy. Encyklopedia fantastyki ocenia te książki surowo: „pozbawione ambicji literackich, mają wartość wyłącznie historyczną”. Wikipedia odpowiada z innej strony: utwory science fiction Burdeckiego „zawierają rzetelną porcję wiedzy”. Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie. To nie Lem i nie Żuławski. To Verne’owski wykład przebrany za przygodę, pisany przez człowieka, który rachunek różniczkowy znał od środka.

Opowiadania wychodziły jako cienkie broszurki dla starszej młodzieży. W „Profesorze milion atmosfer” (1937) uczony Ulpiński wierci szyb na 300 kilometrów i ciśnieniem wnętrza Ziemi pokrywa zapotrzebowanie energetyczne całej Polski – w roku 1943, który w chwili publikacji był jeszcze przyszłością. „Rakietą na Merkury” (1934) zamyka trzech uczestników wyprawy na 227 dni na planecie najbliższej Słońcu. „Zbawczy telewizor” (1936) i „Ognista dłoń Perkuna” (1934) pociągają łodzie pod lodami Arktyki. „W niewoli u bestyj morskich” (1934) odkrywa cywilizację na głębokości sześciu kilometrów. Telewizja, atom, stratosfera, Mars – te same tematy wracały w książkach popularnonaukowych, które nie udawały powieści: „Tajemnice Marsa” (1931), „Lot w stratosferę” (1934), „Życie maszyn” (1934), „Światy planetarne” (1934), „Telewizja czyli Jak człowiek nauczył się widzieć na odległość” (1936), „Walka o atom” (1938).

Porównanie dat z „Babel” z kalendarium XX wieku jest uczciwszym testem niż spór o „ambicje literackie”. Poniższa tabela zestawia wizje z powieści i sąsiednich książek z tym, co faktycznie nastąpiło.

Wizja w twórczości Burdeckiego Termin u autora Rzeczywisty przebieg Jak blisko trafił
Rakieta „Czeluszkina” na 500 km; Moskwa–Ameryka w 26 minut 1935 Loty balistyczne i ICBM – lata 50.; regularny pasażerski skok transatlantycki w 26 minut nie istnieje także w 2026 Kierunek słuszny, skala czasu zbyt śmiała
Pierwszy lot okołoziemski 1938 Jurij Gagarin, 12 kwietnia 1961 Pomyłka o ponad dwie dekady
Lądowanie na Księżycu 1950 Apollo 11, 20 lipca 1969 Trafiony kierunek, 19 lat za wcześnie
Powszechna telewizja lata 30. (esej 1936 i wątki w „Babel”) TV jako medium masowe: USA lata 50., PRL – druga połowa lat 50. i 60. Jedna z najtrafniejszych prognoz
Wykorzystanie energii atomowej lata 30. („Walka o atom”, „Babel”) Rozszczepienie 1938/39, bomba 1945, energetyka jądrowa od lat 50. Trafił w dekadę, nie przewidział militarnego pierwszeństwa
Instytucjonalne zjednoczenie Europy wizja w „Babel” EWWiS 1951, EWG 1957, Unia Europejska 1993 Politycznie dalekowzroczne, ustrojowo naiwne

Zestawienie na podstawie powieści „Babel” (ok. 1931) oraz kalendarium astronautyki i techniki XX wieku (hasła encyklopedyczne, historia lotów załogowych). Dla początkującego czytelnika science fiction ta tabela jest ważniejsza niż ocena stylu: widać w niej umysł inżyniera, który przyspieszał zegar historii, bo wierzył, że energia i organizacja zrobią z Europy jeden warsztat. Dla czytelnika zaawansowanego ciekawsze jest sąsiedztwo. Jerzy Żuławski w „Na srebrnym globie” dał Księżycowi metafizykę i tragedię; Antoni Słonimski i Bruno Winawer grali ironią; Stanisław Lem, pokolenie później, rozmontował optymizm techniczny od środka. Burdecki został po stronie wykładu. Dlatego jego SF starzeje się jak podręcznik, a nie jak mit.

Z mojego doświadczenia czytania przedwojennych broszur popularnonaukowych wynika, że „Podróże międzyplanetarne” i „Walka o atom” trzymają się lepiej niż fabuły: zdania są suche, liczby konkretne, a entuzjazm nie udaje poezji.

Pięć pytań, które wracają przy tym nazwisku

Zanim wejdziemy w najciemniejszy rozdział, warto zebrać kwestie, które ludzie wpisują w wyszukiwarkę tuż po nazwisku. To nie wstęp do usprawiedliwień. To porządek faktów, bez którego spór o okupację zamienia się w wrzask.

Czy Feliks Burdecki był pisarzem science fiction, czy popularyzatorem? Jednym i drugim, z przewagą drugiego fachu. Ma na koncie jedną powieść SF i pięć opowiadań-broszur oraz kilkanaście książek popularnonaukowych o kosmosie, telewizji, chemii, polskim przemyśle i atomie. Po wojnie, w 1986 roku, Stefan Otceten wciągnął „Rakietą na Merkury” do antologii „Polska nowela fantastyczna. Niezwykły kryształ”. To jedyne istotne wznowienie w PRL.

Gdzie zrobił doktorat? Na Uniwersytecie w Strasburgu, rozprawa o iteracji funkcji, 1926; nostryfikacja na Uniwersytecie Warszawskim w 1927. Matematyka Genealogy Project potwierdza Frécheta jako promotora. Hasła, które przenoszą doktorat na Politechnikę Warszawską, powielają błąd.

Czy jego książki są dziś dostępne? Komercyjnie praktycznie nie. Antykwariaty i aukcje internetowe oferują pojedyncze egzemplarze – od kilkudziesięciu złotych za „Tajemnice Marsa” po kilkaset za rzadkie „Życie maszyn”. Cyfrowo sięga się do Polony i Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej, gdzie zachował się m.in. skan „Babel”.

Czy był komunistą, faszystą, czy „kimś trzecim”? Przed wojną ciążył ku lewicy, czytał Marksa, w 1936 protestował przeciw wojnie w Hiszpanii, a prawica (m.in. Adolf Nowaczyński) zarzucała mu „komunizowanie”. W 1944 roku nawoływał do współpracy z Niemcami przeciw ZSRR i krytykował Powstanie Warszawskie. Po wojnie PRL skazała go zaocznie na dożywocie. Łatki nie pokrywają się z partiami.

Czy naprawdę współpracował z Joliot-Curie? Publicystyka historyczna powtarza to sformułowanie za Maciejem Urbanowskim. Bezpieczniej powiedzieć: w 1937 roku, dzięki Wolfkemu, uczestniczył w paryskim życiu naukowym. Stopień „współpracy” nie został w źródłach laboratoryjnych rozpisany tak, jak rozpisano doktorat u Frécheta.

Energetyka dziejowa, czyli filozofia, której nikt nie podjął

Obok rakiet i telewizorów Burdecki toczył spór z Marksowskim materializmem historycznym, którego nie chciał wyrzucić, tylko „zaktualizować” wiedzą XX wieku. Tak powstała energetyka dziejowa: historiozofia, w której o losie cywilizacji decyduje nie sama własność środków produkcji, lecz świadome gospodarowanie zasobami energii. Książki „Podstawy energetyki dziejowej” (1938) i „Droga do powszechnego ideału pracy” (1942) oraz niemieckojęzyczne „Historische Energetik und gesichtlicher Materialismus” (1944) i powojenna „Menschheit und Energetik” (wraz z Gerhardem Neulingiem, 1962) składają się na ten sam obsesyjny temat. W Szwajcarii, w styczniu 1946 roku, ogłosił w genewskiej „Friedenswarte” esej „Zasada ładu contra zasada walki”, kończący się cytatem o miłości nieprzyjaciół. Energetyka „transcendująca” miała objąć „człowieka jako całość”, nie tylko maszynę i węgiel.

Dla czytelnika początkującego wystarczy jedna metafora: Burdecki widział historię jako kotłownię. Kto panuje nad paleniskiem – wodą, węglem, ropą, atomem – ten panuje nad wojną i pokojem. Kto paleniska nie rozumie, zostaje niewolnikiem własnych tytanów. Dla czytelnika obytego z filozofią techniki to krewny myśli o energetice w duchu Wilhelm Ostwald i późniejszych debat o granicach wzrostu, tylko napisany nerwem popularyzatora, nie akademickiego seminarium. W PRL koncepcja zniknęła razem z autorem. Nie dlatego, że została obalona w sporze naukowym. Dlatego, że jej twórca siedział po niewłaściwej stronie okupacyjnej barykady.

Powszechne błędy w opowieści o kolaboracji

Wrzesień 1939 roku zastał rodzinę w Warszawie. Żona zdążyła urządzić nowe mieszkanie; trzy tygodnie później siedzieli w ruinie bez okien, węgla i zapasów, wodę zwożąc na sankach dziecięcych. Dwie firmy wydawnicze legły w gruzach, książka drukowana we Lwowie spłonęła, zapasowe kopie skradziono w ucieczce. Z tej zimy wyrasta decyzja, która zdefiniowała resztę życia. Od września 1940 roku Burdecki, za zgodą władz Generalnego Gubernatorstwa, redagował pod własnym nazwiskiem pisma dla uczniów: „Ster”, „Mały Ster” oraz „Zawód i życie”. Argumentował, że istnienie czasopism wiązało się z istnieniem szkół, a szkoły chroniły dzieci i nauczycieli przed wywózką. W kwietniu 1944 roku, wraz z Janem Emilem Skiwskim i Jerzym de Nisau, wszedł w „Przełom” – polskojęzyczny dwutygodnik finansowany przez Urząd Propagandy GG, ukazujący się w Krakowie do stycznia 1945, o nakładzie sięgającym 200 tysięcy egzemplarzy. 21 kwietnia 1944 mówił do górników kopalni soli w Wieliczce („Rewolucja europejska”). 10 i 12 grudnia 1944 w Krakowie przekonywał rzemieślników i nauczycieli, że tylko Niemcy ocalą Polskę przed komunizmem; przyjęcie było chłodne.

Poniższa lista nie rozgrzesza. Porządkuje błędy, które w artykułach i dyskusjach internetowych krążą jak gotowe wyroki.

  • „To była tylko gadzinówka dla dzieci, więc nie kolaboracja.” Pisma szkolne ukazywały się za niemacką licencją, w warunkach, w których polskie państwo podziemne wzywało do bojkotu. Nawet jeśli treść bywała edukacyjna, a nie pochwalna wobec Hitlera, kanał dystrybucji i pieczęć GG wystarczają, by mówić o współpracy z okupantem. Nie warto tego zacierać, bo zaciera się wtedy cały późniejszy spór.
  • „Burdecki kolaborował dla pieniędzy.” Ferdynand Goetel, po spotkaniu z nim, zapamiętał dziurawe buty i prośbę, „abym nie przypuszczał, że się nie uważa za Polaka”. Skiwski też żył biednie. Motyw materialny nie tłumaczy biografii; nie unieważnia też winy. Nie warto sprowadzać sprawy do łapówki, bo wtedy umyka ideologia: antykomunizm, lęk przed „drugim Katyniem”, wiara w europejski socjalizm pod niemieckim parasolem.
  • „Skoro krytykował faszystów, nie był kolaborantem.” „Przełom” unikał tekstów antypolskich i bywał zgryźliwy wobec Niemców, ale jego funkcją było odciąganie Polaków od sabotażu i partyzantki oraz wzywanie do wspólnego frontu przeciw ZSRR. Krytyka okupanta wewnątrz pisma opłacanego przez Urząd Propagandy nie znosi faktu kolaboracji. Nie warto stawiać znaku równości między tonem felietonu a strukturą wydawania.
  • „Powstanie Warszawskie skrytykował, więc był zdrajcą i już.” Krytyka powstania w 1944 roku, w niemieckim organie, była aktem politycznym o konkretnych skutkach propagandowych. Zarazem sam osąd powstania jako decyzji militarnej jest osobną debatą historyczną, która toczy się także wśród ludzi bez żadnej skazy kolaboracyjnej. Nie warto zlewać obu sporów w jeden, bo wtedy znika precyzja: można uważać wybuch powstania za tragedię i jednocześnie odrzucać publikowanie tego poglądu w „Przełomie”.
  • „PRL skazała go niesłusznie, więc należy go zrehabilitować jako patriotę.” W 1949 roku sąd w Krakowie skazał Feliksa Burdeckiego zaocznie na dożywotnie więzienie; władze nie wystąpiły o ekstradycję. Wyrok zapadł w państwie stalinowskim, według logiki, która gubiła niuanse. To nie znaczy, że materiał dowodowy – pisma, przemówienia, Biuro Studiów Adama Ronikiera z jesieni 1944 – jest zmyślony. Maciej Urbanowski ukuł formułę „kolaborant patriotyczny”; Piotr Zychowicz powtórzył ją w „Opcji niemieckiej”. Formuła opisuje samowiedzę Burdeckiego, nie zdejmuje odpowiedzialności.

W naszej praktyce zetknęliśmy się z przypadkiem, gdy czytelnik, po jednym felietonie, był pewien, że ma do czynienia albo z czystym zdrajcą, albo z męczennikiem prawdy. Ani jedna, ani druga półka nie utrzyma tej biografii. Podziemie miało rację, nazywając „Przełom” gadzinówką. On miał rację w jednym tylko, wąskim punkcie: że Armia Czerwona nie niosła Polsce wolności. Z tego punktu nie wynikała konieczność mówienia tego głosem niemieckiej propagandy.

Szwajcaria, Etiopia, Pretoria – drugi żywot uczonego

Lata 1945–1950 w Szwajcarii były, jak sam pisał, „koniecznym intermezzo”. Młodsza córka Danuta znalazła tam nową ojczyznę; Caritas pomagał uchodźcy, który wyjeżdżał dalej z żoną i Beatrycze. W 1950 roku rodzina ruszyła do Afryki: najpierw Cesarstwo Etiopii, od 1952 Związek Południowej Afryki. W Pretorii, aż do 1971 roku, Burdecki pracował w Biurze Meteorologicznym. Publikował prace oparte na danych klimatycznych południowoafrykańskich stacji polarnych na Antarktyce (SANAE I działała od 1962; późniejsze hasła, które przypisują mu stację SANAE IV, otwartą po jego śmierci, są anachronizmem). W 1978 roku „Physikalische Blätter” wydrukowało jego tekst „Imperative der Physike Techne” – głos emerytowanego fizyka o odpowiedzialności techniki, z pitagorejskim akcentem, że wiedza i jej użycie muszą iść w parze.

Afrykański rozdział rzadko gości w polskich notkach, a to on tłumaczy, dlaczego nazwisko wraca dziś raczej w katalogach antykwarycznych niż w lekturach szkolnych. Człowiek, który w Toruniu wykładał Einsteina siedemnastolatkom, skończył jako klimatolog na południowej półkuli, z wyrokiem dożywocia w aktach kraju, którego już nie zobaczył. Zmarł 14 września 1991 roku, w roku, w którym III RP dopiero uczyła się nazywać na nowo wojnę, powstanie i zdradę. Na wznowienie „Babel” nie starczyło już nawet transformacyjnej ciekawości.

Pamięć lubi wygodne półki: albo wizjoner rakiet, albo kolaborant. Burdecki z Pretorii – meteorolog liczący antarktyczne szeregi czasowe – psuje obie półki i dlatego jest najuczciwszym portretem.

Jak dziś czytać Burdeckiego: checklista dla dwóch rodzajów ciekawości

Rynek w 2026 roku nie serwuje zbiorowego wydania. Zostaje praca detektywistyczna, inna dla kogoś, kto chce zrozumieć polską SF przed Lemem, i inna dla kogoś, kto pisze o okupacyjnej prasie. Poniższa lista pozwala sprawdzić, czy idzie się we właściwą stronę.

  1. Zacznij od jednej książki popularnonaukowej, nie od „Przełomu”. „Podróże międzyplanetarne” albo „Telewizja…” pokazują warsztat i język. Kto zaczyna od gadzinówki, nie usłyszy, po co w ogóle ktokolwiek brał tego autora do ręki przed 1939 rokiem.
  2. Do „Babel” podejdź jak do dokumentu z 1931, nie jak do powieści roku 2026. Szukaj osi czasu astronautyki, motywu zjednoczonej Europy i atomu. Fabuła jest pretekstem.
  3. Sprawdź cyfrowe biblioteki, zanim zapłacisz trzy cyfry na aukcji. Polona i Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa trzymają skany. Egzemplarz z Szancerem ma wartość kolekcjonerską, niekoniecznie lekturową.
  4. Opowiadania broszurkowe czytaj seriami, nie pojedynczo. „Rakietą na Merkury”, „Profesor milion atmosfer” i „Zbawczy telewizor” składają się na jeden typ wyobraźni: laboratorium plus ekspedycja plus morał o mocy techniki.
  5. Do okupacji siadaj z trzema głosami naraz. Życiorys własny (przekład Tomasza Gabisia), hasło o „Przełomie” i rozdział u Zychowicza/Urbanowskiego. Jeden głos zawsze kłamie przez pominięcie.
  6. Oddziel wyrok z 1949 od materiału źródłowego. Stalinowski sąd nie jest wyrocznią; przemówienie z Wieliczki i nakład 200 tysięcy egzemplarzy też nie są plotką.
  7. Jeśli zbierasz, notuj stan oprawy i ilustratora. Szancer i Mackiewicz podnoszą cenę. Brak karty tytułowej u tego autora jest częstszy, niż się zdaje, bo broszurki niszczały w tornistrach.
  8. Na końcu wróć do Torunia. Dwujęzyczne gimnazjum, Dwór Artusa i Kopernik tłumaczą więcej z tej biografii niż jakikolwiek późniejszy manifest.

Początkujący po tej liście ma jadłospis na miesiąc i nie musi wchodzić w spór o „opcję niemiecką”. Osoba pisząca pracę, esej albo lekcję potrzebuje jeszcze akt procesowych, numerów „Steru” i „Małego Steru” z bibliotek cyfrowych UMCS oraz studiów Piotra Kosmali o koncepcjach europejskich grupy „Przełomu”. Jedno i drugie da się zrobić z domu – do czasu, gdy zaczynają się luki w numeracji pism i sprzeczne daty doktoratu.

Kiedy wystarczy Polona, a kiedy trzeba iść do archiwum

Samodzielnie da się zamknąć portret popularyzatora i pisarza SF. Skan „Babel”, spis utworów, matura w Toruniu, Strasburg, radio, lista książek z 1929–1938 – to materiał, który nie wymaga przepustki do czytelni zbiorów specjalnych. Samodzielnie da się też przeczytać „Przełom” w bibliotekach cyfrowych i zestawić go z oświadczeniami Burdeckiego. Do tego poziomu nie potrzeba profesora; potrzeba cierpliwości i niechęci do gotowych wyroków.

Specjalista – historyk okupacji, badacz prasy gadzinowej, archiwista sądownictwa powojennego – staje się niezbędny, gdy pytanie schodzi na ilości: ile szkół naprawdę „trzymał” „Ster”, jaki był mechanizm finansowania „Przełomu” przez Urząd Propagandy, co dokładnie zawierały akta krakowskiego procesu z 1949 roku, jak wyglądała praca w południowoafrykańskim weather bureau, czy korespondencja z lat szwajcarskich potwierdza znajomość z Carlem Gustavem Jungiem, którą bywa mu przypisywana w komentarzach. Tu kończy się felieton, a zaczyna kwerenda. Nie warto ogłaszać rehabilitacji ani potępienia z trzech artykułów internetowych. Warto natomiast wrócić do książek o rakietach, które napisał człowiek z toruńskiej piekarni, zanim historia podstawiła mu mikrofon okupanta.

Feliks Burdecki nie wróci do kanonu szkolnego przez samą ciekawość 2026 roku. Wróci, jeśli ktoś znowu otworzy „Babel” jako dokument marzeń II Rzeczypospolitej o Księżycu – i jeśli ktoś inny, w tej samej godzinie, otworzy „Przełom” jako dokument ceny, jaką można zapłacić za wiarę, że się historię przechytrzy.

Źródła faktów biograficznych i spisu utworów: hasło w polskiej Wikipedii oraz życiorys własny w przekładzie Tomasza Gabisia; uzupełniająco – encyklopediafantastyki.pl i opracowania o dwutygodniku „Przełom”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *