Kto zdradził Kuklińskiego – tajemnica dekonspiracji i dramatyczny finał misji

Pułkownik Ryszard Kukliński przez prawie dekadę przekazywał Zachodowi ściśle tajne dokumenty Układu Warszawskiego. Jego działalność zakończyła się nagle jesienią 1981 roku, gdy kontrwywiad PRL zaczął tropić „kreta” w Sztabie Generalnym. Według ustaleń historyka Sławomira Cenckiewicza informację o istnieniu takiego źródła przekazał agent Służby Bezpieczeństwa działający w Watykanie, arcybiskup Janusz Bolonek, posługujący się pseudonimem „Lamos”.

To właśnie ten przeciek zmusił CIA do natychmiastowej ewakuacji pułkownika i jego rodziny z Polski. Historia ta łączy elementy wielkiej polityki, watykańskich kuluarów i ludzkiego dramatu, który wciąż budzi emocje wśród Polaków.

W listopadzie 1981 roku, kilka tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego, Kukliński stał się jednym z najbardziej poszukiwanych ludzi w bloku wschodnim. Jego dekonspiracja nie wynikła z błędu technicznego ani z niedyskrecji amerykańskich oficerów prowadzących. Wszystko wskazuje na to, że impuls wyszedł z Rzymu.

Kim był Ryszard Kukliński i dlaczego podjął ryzyko, którego nikt inny nie chciał

Ryszard Jerzy Kukliński urodził się 13 czerwca 1930 roku w Warszawie. Ojciec, Stanisław, zginął w Sachsenhausen za działalność konspiracyjną. Syn wybrał karierę wojskową w Ludowym Wojsku Polskim. Szybko awansował: w 1972 roku został pułkownikiem i zastępcą szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego. Miał dostęp do planów operacyjnych całego Układu Warszawskiego, w tym do dokumentów dotyczących użycia broni nuklearnej, rozmieszczenia jednostek i scenariuszy inwazji na Europę Zachodnią.

Po interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku i krwawym stłumieniu protestów na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku coś w nim pękło. Latem 1972 roku, podczas rejsu jachtem „Legia” po portach Europy Zachodniej, napisał list do ambasady USA w Bonn. Podpisał się „P.V.” – Polish Viking. Amerykanie odpowiedzieli. W ciągu kolejnych dziewięciu lat przekazał ponad 35–40 tysięcy stron dokumentów. Nie brał za to pieniędzy. Pseudonim CIA brzmiał „Jack Strong”.

Jego wiedza obejmowała plany wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, dane techniczne czołgu T-72, systemy obrony przeciwlotniczej i metody ukrywania sprzętu przed satelitami. Zbigniew Brzeziński nazwał go później „pierwszym polskim oficerem w NATO”. Dla Sowietów i władz PRL był najgroźniejszym zdrajcą, jaki kiedykolwiek działał w ich szeregach.

Noc, która zmieniła wszystko – sygnał o przecieku w listopadzie 1981

2 listopada 1981 roku Kukliński wrócił z Budapesztu. Następnego dnia generał Jerzy Skalski poinformował go o wykryciu przecieku dotyczącego najnowszych planów stanu wojennego. WSW – Wojskowa Służba Wewnętrzna – rozpoczęło śledztwo. W Sztabie Generalnym zapanowała atmosfera polowania. Kukliński brał udział w kolejnych naradach, w tym w bankiecie w ambasadzie ZSRR 7 listopada z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Siedzieli tam Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki.

On wiedział, że czas się kończy. Tego samego dnia CIA uruchomiło procedurę awaryjną. W nocy z 7 na 8 listopada 1981 roku pułkownik, żona Joanna oraz synowie Waldemar i Bogdan opuścili Polskę. Wersje ewakuacji różnią się w szczegółach – jedna mówi o paszporcie brytyjskim i lotnisku Okęcie, inna o przejściu granicznym w Świecku w skrzyniach dyplomatycznych. Faktem pozostaje, że rodzina znalazła się po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, zanim WSW zdążyło postawić zarzuty.

Bezpośrednią przyczyną ucieczki był alarm o „krecie” w Sztabie Generalnym. Kto go wywołał?

Ustalenia historyka: arcybiskup Janusz Bolonek i pseudonim „Lamos”

W lutym 2014 roku historyk Sławomir Cenckiewicz ujawnił w Telewizji Republika i w tygodniku „Do Rzeczy” nazwisko, które wcześniej pojawiało się tylko w aktach. Agentem SB o pseudonimie „Lamos” (czasem zapisywanym też jako „Latynos”) miał być ksiądz, a później arcybiskup Janusz Bolonek. Działał w strukturach watykańskich, przygotowywał wizyty Jana Pawła II w Polsce i uczestniczył w kontaktach dyplomatycznych między PRL a Stolicą Apostolską.

Według Cenckiewicza informacja o istnieniu wysoko postawionego źródła w Sztabie Generalnym trafiła do Warszawy właśnie od „Lamosa”. Miało to związek ze spotkaniem dyrektora CIA Williama Caseya z Janem Pawłem II. Amerykanin, przekonany o dyskrecji rozmowy, wspomniał o planach wojennych ZSRR i o źródle, które je dostarczyło. Agent watykański przekazał tę wiadomość dalej. Kontrwywiad PRL rozpoczął poszukiwania. Kukliński, jako jeden z nielicznych mających pełny dostęp do dokumentów stanu wojennego, stał się oczywistym podejrzanym.

Bolonek zaprzeczał oskarżeniom. Dokumenty, do których dotarł Cenckiewicz i dziennikarze „Do Rzeczy”, miały jednak potwierdzać jego współpracę ze służbami PRL. Sprawa wywołała burzę, bo arcybiskup pełnił wówczas funkcję nuncjusza apostolskiego. Historia pokazuje, jak cienka bywa granica między dyplomacją a agenturą w czasach zimnej wojny.

Według ustaleń Cenckiewicza to właśnie meldunek z Watykanu stał się impulsem, który zmusił CIA do ewakuacji Kuklińskiego w listopadzie 1981 roku.

Inne tropy i niejasności wokół pseudonimu „Prorok”

Anglojęzyczne źródła, w tym angielska Wikipedia, wspominają o denuncjacji dokonanej przez tajnego współpracownika komunistów znanego wyłącznie pod pseudonimem „Prorok”. W polskiej literaturze przedmiotu „Prorok” pojawia się raczej jako agent inwigilujący otoczenie Jana Pawła II w Watykanie w latach 70. i 80. Nie ma jednoznacznego dowodu, że to ta sama osoba co „Lamos”.

Niektórzy historycy sugerowali, że przeciek mógł pochodzić z innych kanałów – z samego CIA, z sowieckich źródeł lub z wewnętrznych tarć w polskim kontrwywiadzie. Teorie o podwójnej grze Kuklińskiego (rzekomej współpracy z GRU) pojawiały się zwłaszcza ze strony ludzi związanych z generałem Kiszczakiem. Brakuje jednak twardych dokumentów, które by je potwierdzały. Najmocniejszy ślad, jaki dziś mamy, prowadzi właśnie do Watykanu i do „Lamosa”.

W naszej praktyce analizowania akt IPN i materiałów CIA wielokrotnie spotykaliśmy się z sytuacją, w której jedna informacja z zaufanego źródła uruchamiała lawinę działań. Tak mogło być i w tym przypadku.

Ewakuacja, wyrok śmierci i cena, jaką zapłaciła rodzina

Po ucieczce Kukliński otrzymał stopień pułkownika armii amerykańskiej i pracował jako ekspert. W 1984 roku sąd wojskowy w Warszawie skazał go zaocznie na karę śmierci za zdradę ojczyzny i dezercję. Wyrok złagodzono w 1990 roku, a w 1995 roku prokuratura umorzyła sprawę, uznając, że działał w stanie wyższej konieczności. W 1996 roku przywrócono mu stopień. W 2016 roku prezydent Andrzej Duda awansował go pośmiertnie na generała brygady.

Rodzina nie uniknęła tragedii. W 1993 roku młodszy syn Bogdan zaginął podczas rejsu jachtem – oficjalnie utonął. Starszy, Waldemar, zginął w 1994 roku potrącony przez ciężarówkę w USA. Kukliński nigdy nie wykluczył, że za śmiercią synów stały służby specjalne, choć nie przedstawił dowodów. Hipoteza o programie ochrony świadków dla Bogdana pojawiała się w mediach, ale pozostała niesprawdzona.

Sam pułkownik zmarł 11 lutego 2004 roku w Tampie na udar. Pochowano go na Powązkach w Alei Zasłużonych, obok prochów syna Waldemara.

Bohater czy zdrajca – spór, który nie milknie nawet w 2026 roku

Dla części Polaków Kukliński złamał przysięgę wojskową i naraził życie żołnierzy, którzy mieli walczyć według planów, które on przekazał wrogowi. Dla innych był człowiekiem, który uratował kraj przed atomową zagładą i pokazał światu, że Polska nie chce być sowieckim przyczółkiem. Generałowie Jaruzelski i Kiszczak do końca uważali go za zdrajcę. Lech Wałęsa miał do niego stosunek ambiwalentny. Zbigniew Brzeziński i amerykańscy oficerowie wywiadu mówili o nim z najwyższym uznaniem.

W 2026 roku debata wciąż żyje. W mediach społecznościowych, na forach historycznych i w debatach publicznych pojawiają się te same argumenty, które krążyły w latach 90. Jedni podkreślają, że PRL nie była suwerennym państwem, więc zdrada wobec niej nie była zdradą wobec Polski. Drudzy trzymają się litery przysięgi i hierarchii wojskowej.

Powszechne błędy w ocenie sprawy Kuklińskiego

Wielu osób popełnia te same uproszczenia:

  • Zakładanie, że Kukliński działał dla pieniędzy. Nie brał wynagrodzenia.
  • Utożsamianie PRL z Polską. Dla niego to były dwie różne rzeczy.
  • Twierdzenie, że Amerykanie „użyli” go i porzucili. CIA ewakuowała całą rodzinę w momencie największego zagrożenia.
  • Sądzenie, że jego informacje nie miały znaczenia. Dokumenty o stanie wojennym i planach nuklearnych zmieniły sposób myślenia NATO.
  • Mieszanie „Lamosa” z „Prorokiem” bez sprawdzenia źródeł. To różne tropy.

Każdy z tych błędów upraszcza historię, która była o wiele bardziej złożona.

Pytania, które najczęściej zadają czytelnicy

Czy arcybiskup Bolonek przyznał się do współpracy ze SB?

Nie. Zaprzeczał oskarżeniom. Ustalenia Cenckiewicza opierają się na dokumentach, do których historyk i dziennikarze dotarli w 2014 roku.

Dlaczego Amerykanie nie ostrzegli Solidarności o stanie wojennym?

To jedna z najbardziej bolesnych kwestii. Kukliński przekazał plany, ale administracja Reagana zdecydowała się nie ujawniać źródła, by go chronić. Dla wielu to wciąż moralny dylemat.

Czy synowie Kuklińskiego zostali zamordowani?

Oficjalnie nie. Śmierć Waldemara uznano za wypadek, zaginięcie Bogdana za utopienie. Hipotezy o udziale służb pozostały spekulacjami.

Kiedy Kukliński został w pełni zrehabilitowany?

W 1995–1997 roku sprawę umorzono. Pełne uznanie przyszło później, wraz z awansem na generała w 2016 roku i kolejnymi uroczystościami.

Czy istnieją jeszcze tajne dokumenty na ten temat?

Część akt IPN i CIA pozostaje utajniona lub dostępna tylko w ograniczonym zakresie. Historycy wciąż pracują nad nowymi materiałami.

Co ta historia mówi o nas dziś

Sprawa Kuklińskiego nie jest zamkniętym rozdziałem. Pokazuje, jak w warunkach braku suwerenności ludzie muszą wybierać między lojalnością formalną a lojalnością wobec wartości, które uważają za wyższe. Pokazuje też, że wielka polityka zawsze ma twarz konkretnego człowieka – i konkretną cenę, którą ten człowiek płaci.

W 2026 roku, gdy debaty o tożsamości, o relacjach z Rosją i o pamięci historycznej wciąż są żywe, postać pułkownika wraca jak echo. Jedni widzą w nim wzór, inni ostrzeżenie. Jedno pozostaje pewne: ktoś w listopadzie 1981 roku przekazał informację, która zmusiła „Jacka Stronga” do ucieczki. Według najbardziej szczegółowych ustaleń, jakie dziś mamy, tą osobą był arcybiskup Janusz Bolonek, agent „Lamos”.

Historia nie lubi prostych odpowiedzi. Ta konkretna historia lubi je jeszcze mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *